niedziela, 26 maja 2013

Rozdział 15.

Siedział wygodnie w fotelu z nogą położonej na drugiej nodze, stukał palcami o powierzchnię drewnianego stolika. Jego twarz pokazywała, że jest mu to wszystko obojętne i jest raczej znudzony całą sytuacją. Wydymał śmiesznie wargi, rozglądając się po pokoju. Siedział dokładnie tam, gdzie ja całkiem niedawno. Wraz z postawieniem stopy na drewnianej posadzce powróciły wspomnienia. Kiedyś spędzałam tu całkiem dużo czasu czasu. Wbrew mojej woli.
To wszystko okazało się zbędne. Nie wyrwą mnie z tego choćbym jeździła do najlepszych psychologów. Musieliby chyba mnie gdzieś zamknąć i pilnować 24 godziny na dobę.
- Powiecie mi, co się stało? - z zamyślenia wyrwał mnie niski głos pedagoga.
Obydwoje milczeliśmy. Byłam wściekła, zaciskałam wargi i pięści, jakbym nie chciała wypuścić złości na zewnątrz. Po chwili oparłam się o ścianę i skrzyżowałam ręce na piersiach.
- Wiem, że między wami jest jakieś napięcie, ale dotychczas myślałam, że chodzi tu o miłość i dość prymitywne jej wyrażanie.
- To prawda - mruknął Bills, prostując się w fotelu - Kocham Alex, ale nie mogłem w takich okolicznościach powiedzieć o tym kolegom.
- Poczekaj, bo nie rozumiem - pedagog zmarszczyła brwi - Jakim kolegom? Chyba rozmawiamy o innych wydarzeniach.
Słowa Billsa jeszcza bardziej mnie zdenerwowały. Idiota po tym wszystkim ma śmiałość mówić, że mnie kocha, i to przy pedagogu?
Stałam obok, nadal oparta o ścianę i patrzyłam, jak rozwija się akcja. Nie dałam po sobie poznać tego, że jestem zdenerwowana takim przebiegiem sprawy. Zaraz wszystko się wyda i mój plan pójdzie się paść. A przecież muszę go wkopać. Nie wyjdę tu, póki nie dostanie porządnego opieprzu od dyrektorki. Na początku miałam zamiar tylko wejść, poczekać, aż kłamstwo się wyda i wyjść. Ale widząc jego słabość, opracowałam inny plan. Nie będzie chciał mnie więcej widzieć.
- Chodzi o te wydarzenia w łazience... - westchnęła pani pedagog.
- Jakiej łazience? - Mitchel zmarszczył brwi i poderwał się z miejsca.
- Nie udawaj - postanowiłam interweniować.
Podniosłam do góry nadgarstek.
- Przypomniałeś sobie?
- O czym ty...
- Nie rób z siebie jeszcze większego dupka. Nie rozumiem, jak możesz niszczyć dziewczynom życie?!
Wygrałam. Patrzył się na mnie z wyrazem zrezygnowania. Rozchylił lekko usta, żeby coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął. Przełknął głośno ślinę, patrzyłam jak z zakłopotaniem patrzył gdzieś daleko za mnie.
- To przeze mnie? - powiedział słabo.
- Skoro mi kazałeś... Zmusiłeś mnie! Myślisz, że kim, a raczej czym ja jestem? Zabawką? Możesz tak długo się ze mną bawić, aż się zepsuję? Mało nie doprowadziłeś mnie do śmierci!
- Alex, wyjaśniliśmy to...
- I mam o tym zapomnieć? Jedna chwila słabości i myślisz, że ci wybaczyłam? A sytuacja przy twoich kolegach? Śmiali się ze mnie, wytykali palcami, a ty jeszcze zacząłeś się bronić i mnie wyzywać! Mam tego dość, odwal się wreszcie ode mnie!
Usłyszałam czyjeś chrząknięcie. Odwróciłam się i dopiero wtedy zauważyłam, że pedagog dalej stoi w tym samym miejscu pod szafą i przygląda się nam uważnie. Przy okazji dowiedziała się o jeszcze jednej sprawie. Nie obchodzi mnie to, niech się dowie o wszystkim.
- Alex, możesz mi to wyjaśnić? To on kazał ci się ciąć?
- Nie do końca - mruknęłam - Ale... tak. Po prostu nie miałam wyjścia. Niszczył moje życie powoli przez parę miesięcy. Nie mam rodziny. Moją najlepszą przyjaciółką była żyletka.
Bills zrobił się blady. Czyżby nagle słowo "żyletka" zrobiło na nim takie wrażenie? Jakoś nie zastanawiał się wcześniej, co robi. Wyrzuty sumienia? A może widział we mnie zagrożenie? Coraz więcej osób wiedziało o jego zachowaniu wobec dziewczyn. Jeszcze trochę i plotki mogły go zniszczyć jak mnie.
- Powinnam wiedzieć o czymś jeszcze?
Zastanowiłam się chwilę. Chyba powinnam powiedzieć jej o tej nocy. To będzie dopełnienie mojej zemsty.
- Kiedyś Bills... Dosypał mi czegoś do wody. Znalazłam się u niego... uhm... przypadkowo. Szczerze powiedziawszy chyba musiałam wtedy lekko stracić kontrolę nad sobą, bo nagle zaczęłam go słuchać. Kiedy wypiłam napój, zrobiło mi się słabo, upadłam. Dopiero następnego dnia po południu dowiedziałam się, co się wydarzyło tej nocy. Bills opowiedział mi, że usiłował mnie... uhm... zgwałcić...
- Ale tego nie zrobiłem! - przerwał mi jego krzyk.
- Ale chciałeś. Upokorzyłeś mnie. I jeszcze miałeś śmiałość rozpowiedzieć o tym całej szkole.
Nastała niezręczna cisza. Powoli dochodziłam do siebie. Obydwoje - Bills i pedagog - zamarli w miejscu i wpatrywali się we mnie. Nigdy nie lubiłam, kiedy ktoś się na mnie tak patrzy, więc odwróciłam się plecami i skierowałam się do wyjścia.
- Zaczekaj - czyjaś zimna, delikatna dłoń chwyciła mnie za ramię - Alex, przecież musimy coś z tym zrobić.
- Co ma pani na myśli?
- Na litość Boską, przecież ten chłopak popełnił przestępstwo! Śmiało możemy go nawet pozwać do sądu! Zresztą, zrobimy to. Bo chyba wydalenie ze szkoły nie wystarczy.
- Co...? - Bills usiłował protestować.
- Porozmawiamy później, to za dużo na jedną chwilę. Muszę porozmawiać z dyrektorem. Póki co wróćcie na lekcje.
Posłusznie opuściłam gabinet i uśmiechnęłam się pod nosem. Zadanie wykonane.
***
Wyszłam przed szkołę. Od razu uderzyła we mnie fala gorąca. O tej godzinie przeważnie jest najgoręcej, chciałam uniknąć pieszego powrotu do domu. Miałam dobre parę kilometrów, a temperatura była niemiłosiernie wysoka. 
Ku mojemu zadowoleniu zobaczyłam na parkingu znajomy, czarny samochód. W sumie wiele osób może taki mieć, ale tylko jedna przyjechałaby nim tu, pod szkołę. Louis.
Po chwili naprzeciw mnie pojawiła się postać w białej koszulce, jeansach i conversach. Uśmiechnęłam się i przyśpieszyłam kroku, by jak najszybciej zobaczyć ową postać. Kiedy byłam już naprzeciw niego, objął mnie ramionami i pocałował w policzek.
- Jak było w szkole? - uśmiechnął się.
- Nawet nieźle, a... - już chciałam powiedzieć o Billsie, kiedy zorientowałam się, że nie może o tym wiedzieć. Dowie się o cięciach.
- A co?
- Nic, nic...
- Alex, wiem, że coś chciałaś powiedzieć.
Cholera, ten koleś potrafi być natrętny.
Myśl, Alex. Jak mu się wywinąć?
- Nic takiego... uhm... Chciałam ci tylko powiedzieć, że z Billsem już wszystko w porządku.
- To znaczy?
- Dał mi spokój.
Nie ma co, dobra jestem. Chyba uwierzył, chociaż patrzył na mnie podejrzliwie.
- To świetnie. Chodź, podwiozę cię do domu.
Krótka podróż samochodem w tak upalny dzień była naprawdę wybawieniem. Przeszliśmy kawałek przez parking, Louis otworzył mi drzwi od przedniego siedzenia obok miejsca kierowcy i zamknął je za mną. Sam po chwili pojawił się za kierownicą.
- Może masz ochotę, żeby spędzić dzień u mnie? - uśmiechnął się.
Szczerze powiedziawszy nie miałam dzisiaj ku temu żadnych przeszkód, ale wolałam na spokojnie wszystko przemyśleć w domu. Musiałam się zastanowić, co zrobić z Billsem - czy posłuchać pedagoga i zgłosić go do sądu, przecież może zostać skazany, a wtedy pozbędę się go na zawsze. W końcu jest pełnoletni, ja tak samo - możemy robić, co chcemy.
- Nie dzisiaj. Może wpadnę do ciebie na weekend, ale mam... uhm... kilka spraw do załatwienia.
- Niech zgadnę... Chodzi o niego?
Sprytny jest, nie ma co.
- Co? - zapytałam, chociaż słyszałam pytanie - Nie, nie... Mam dużo zadania domowego, matka będzie się wściekać, a Annie gdzieś wyjechała. Mam cały dom na głowie.
- Rozumiem - kiwnął głową - Wielka szkoda.
Uśmiechnęłam się lekko i zaczęłam grzebać w torbie. Był to już wyuczony odruch, zawsze nerwowo szukałam telefonu nie chcąc siedzieć w niezręcznej ciszy i dać po sobie poznać zdenerwowania. Kiedy wyczułam palcami prostokątny kształt komórki, udawałam, że sprawdzam połączenia i wiadomości. Wiedziałam, że jak zwykle będzie tam wyświetlona liczba 0, ale ku mojemu zdziwieniu na ekranie pojawiła się jedna wiadomość od nieznajomego numeru.

To ja. Musimy porozmawiać. Czekaj na mnie jutro za szkołą. 

Nie miałam ochoty nawet się na niego wściekać. To było oczywiste, że nie mam zamiaru się z nim nigdzie spotykać. A jak myśli, że da radę mnie przeprosić - myli się.
Zamiast jak zwykle fuknąć ze złością, zacisnęłam tylko wargi i schowałam komórkę w torbie.
- Coś nie tak? - zapytał Louis.
- Nic - mruknęłam - Jedźmy już.
Chłopak posłusznie przekręcił kluczyk w stacyjce i kilka sekund później byliśmy już w drodze do domu.
***
Przed wejściem do domu Louis pocałował mnie w policzek, rzucił, żebym uważała na siebie, po czym zniknął za ciemnymi szybami swojego samochodu. Przez okno w kuchni widziałam, że nie odjechał nawet po kilku minutach. Pewnie liczył na to, że zmienię zdanie.
Zabrałam się za przygotowanie obiadu. Dzisiaj mama była do późna w pracy, więc sama musiałam się tym zająć. Dobrze, że w lodówce było jeszcze wczorajsze mięso. 
Przyszedł czas, żeby pomyśleć o Billsie. Co mam zrobić? Szczerze nienawidziłam go, chociaż byłam mu wdzięczna za to, że przekonał do mnie Louisa i uświadomił mi, co do niego czuję. Ale to były jedyne argumenty "za". Poza tym po prostu zniszczył mi życie. Wyzywał, śmiał się, rozsiewał plotki. Naćpał jakimiś proszkami, a potem upokorzył przed całą szkołą. W końcu zrobił ze mnie idiotkę przed kolegami. Przez niego miałam te wszystkie rany na nadgarstkach, biodrach i udach. Kilkadziesiąt większych lub mniejszych kresek, symbolizujących ból psychiczny, jaki mi zadał. Chociażby zmienił moje życie na lepsze, blizny pozostaną. Nigdy nie zapomnę szkolnych lat, kiedy prawie codziennie myślałam o samobójstwie. Nie tylko on powodował moje problemy - byli jeszcze rodzice, "koleżanki", mój wygląd - ja. Tak, ja byłam powodem własnych problemów. Gdybym nie była taka miękka, jaka jestem, do niczego by nie doszło. Być może to on dzisiaj zmagałby się z kompleksami i złośliwymi uwagami ludzi ze szkoły. Ale niestety jestem, jaka jestem. 
Wydawać by się mogło, że to nie jest powód, żeby od razu pozywać go do sądu. Wystarczy załatwić to z dyrektorem, wywalą go ze szkoły i koniec. Na pozór - tyle wystarczy. A jednak ja chciałam zemsty. Coraz poważniej zaczęłam zastanawiać się nad zgłoszeniem temu policji. To też jest karalne. Nie musiałabym się martwić o każdy dzień, o to, że mi coś zrobi.
Tak, zdecydowanie tego chciałam.
Powróciły wspomnienia. Z dzisiaj, ze wszystkich poprzednich dni i miesięcy, kiedy przez niego cierpiałam. Co chwilę przed oczami stawał mi jego szyderczy uśmiech, wredny rechot Claudii, chamskie uwagi dziewczyn z klasy. Łzy napłynęły mi do oczu. Dlaczego jeszcze żyję? To chyba nadzieja trzyma mnie przy życiu. I ta nadzieja nazywa się Louis.
Chodziłam po pokoju w kółko, przez głośniki laptopa wydobywał się łagodny, głęboki głos Lany. Podczas przechodzenia dwudziestego już chyba okrążenia zauważyłam znajome woreczki pod stolikiem nocnym. Jak one się tam znalazły? Nie przypominałam sobie nawet, żebym brała je ze sobą. Możliwe, że nie pamiętam, co robiłam. Obróciłam je kilka razy w palcach. Biały proszek, tak intrygujący. Wiem, że nie mogę, ale ciekawość była silniejsza. 
Obiecałam Louisowi, że definitywnie kończę z cięciem się. Dzisiaj wydarzyło się zbyt wiele. Złość, rozpacz, bezsilność - to ona kierowała moimi rękami. Drżące palce otworzyły woreczek. Wzięłam proszek do ręki, pocierałam między palcami. Może to dzisiaj powinnam spróbować? 
____________________
Louis POV
Wiedziałem, że zostawienie Alex samej w domu nie jest najlepszym pomysłem. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy czułem, że coś ją trapi. Przez chwilę siedziałem w samochodzie i obserwowałem, jak przygotowuje obiad w kuchni. Po kilkunastu minutach wyszła z pomieszczenia i zniknęła mi z oczu. Stwierdziłem, że dobrze będzie sprawdzić, co robi. Może i jestem nadopiekuńczy, ale nie pozwoliłbym, żeby Alex zrobiła coś głupiego. 
Zamknąłem samochód i podszedłem do drzwi. Zapukałem, mimo że powinienem wejść bez zbędnych ruchów. Im dłużej czekałem, tym bardziej byłem zaniepokojony. W końcu usłyszałem chrzęst zamka i na progu ukazała się znajoma sylwetka Alex.
Nie była to ta sama dziewczyna, cicha, skulona, wstydliwa. Kołysała się na nogach, uśmiechając się głupio.
- Alex, co ci jest? 
W odpowiedzi z jej ust wydobył się rechot i długie "czeeść". Byłem pewien, że jest z nią coś nie tak. Nawet jeśli miałaby dobry humor, nie zachowywałaby się tak. 
Zanim zdążyłem o cokolwiek zapytać, dziewczyna chwyciła mnie za biodra i cmoknęła policzek, mamrocząc coś niezrozumiałego. Kiedy odsunąłem jej twarz od siebie, zaczęła się śmiać. 
- Alex, brałaś coś?
- Nie żartuj, misiu - uśmiechnęła się.
To mi się nie podobało. Zdecydowanie była pod wpływem narkotyków. Skąd niby je wzięła? Dlaczego to zrobiła?
- Skąd wzięłaś narkotyki? 
Zorientowałem się, że ton mojego głosu był zimny i nieprzyjemny, ale aktualnie nie bardzo mnie to obchodziło. Normalnie czułbym się nieswojo, bo nie lubiłem być taki wobec Alex. Po prostu często kierują mną emocje.
- Jakie narkotyki, misiu...
Wiedziałem, że nie wyciągnę od niej żadnych informacji. Wszedłem do domu, ściągnąłem buty i pociągnąłem Alex za ramię. Posłusznie poszła za mną, rechocząc cały czas. Kiedy stanąłem na progu jej pokoju, zamurowało mnie. Na łóżku leżały dwa woreczki, obydwa z białą zawartością. W jednym znajdowało się kilka tabletek, a w drugim jakiś proszek. Domyślałem się, że Alex skorzystała z proszku, bo był rozsypany na stoliku nocnym. Zmusiłem Alex, by położyła się na łóżku i poszedłem do kuchni po wodę. Cały czas była niebezpiecznie uradowana, miałem nadzieję, że da radę zasnąć. Musiałem jej teraz pilnować. Nie mam pojęcia, co robi się z dziewczyną na haju. Liczyłem, że zaraz opadnie bezwładnie i zaśnie. To chyba tylko marzenia. 
Przez dłuższy czas Alex podnosiła się z łóżka i usiłowała chwiejnymi ruchami zejść z niego, ale powstrzymywałem ją.
W końcu, po może trzydziestu, może czterdziestu minutach usnęła. Dalej byłem zaniepokojony i zastanawiałem się, co może zrobić po przebudzeniu się. Postanowiłem, że najlepiej będzie wziąć ją do siebie. 
Wziąłem jej torbę, wygrzebałem z niej klucze. Nie wiedziałem, co może jej się przydać, dlatego wziąłem tylko jej komórkę. Włożyłem jedną rękę pod zgięcie kolan, a drugą pod plecy i zaniosłem ją do przedpokoju. Na szczęście nie obudziła się. 
____________________
Alex POV
Obudziłam się w czyimś łóżku, ubrana w to, w czym byłam w szkole. Było całkiem jasno, na oko godzina siódma albo ósma. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Nigdy nie widziałam tego pomieszczenia. Kiedy usiadłam, moim oczom ukazała się postać krążąca po pokoju. Widząc mnie, przystanęła. Dopiero gdy zrobiła kilka kroków w moją stronę, rozpoznałam twarz. Louis.
- Wszystko w porządku? - zapytał, siadając na łóżku.
- Dlaczego tu jestem?
- Ty powinnaś mi wyjaśnić.
Wszystko sobie przypomniałam. Pamiętałam, że wczoraj wzięłam te proszki od Billsa. Jakim cudem Louis zaciągnął mnie tutaj?
Oboje milczeliśmy. Przecież nie zacznę tak nagle opowiadać, co zrobiłam wczoraj po powrocie do domu. Mogłam się spodziewać, że nie odjedzie spod domu. Czyżby nie miał do mnie zaufania?
- Skąd masz narkotyki? - zapytał zimnym głosem.
Nienawidziłam tego tonu. Miałam wtedy świadomość, że między nami jest napięcie, nie ma szans na czułość ani litość. Louis chciał dokładnych wyjaśnień. Spuściłam wzrok, wpatrywałam się w kołdrę, którą byłam przykryta. 
- Powiedz mi - powiedział już bardziej miękko, nachylając się w moją stronę.
W odpowiedzi zaczęłam płakać. Wiedziałam, że to nie był dobry pomysł. Zawiodłam go. Pewnie stracił do mnie zaufanie, może w ogóle chce się ze mną rozstać... Może bycie ze mną go przerasta...
- Nie płacz - przytulił moją głowę do swojego torsu.
Tego mi było trzeba. Odrobinę czułości i współczucia. Czułam ciepło bijące od niego, równomierne bicie serca. Słyszałam, jak ciężko przełyka ślinę.
- Alex, proszę cię, powiedz mi. Nie chcę, żebyś coś przede mną ukrywała. Nic ci nie zrobię.
- Nie chcesz wiedzieć. Znienawidzisz mnie.
- Kto ci nagadał takich głupot? Nie mogę przestać cię kochać przez twoje problemy. To przez nie zaczęła się nasza znajomość i mam zamiar cię od nich uwolnić.
Łkałam cicho, zastanawiając się nad kolejnymi słowami. Ufałam Louisowi, ale bałam się jego reakcji. Kiedy mój głos przestał dygotać, wzięłam oddech, uwolniłam się z jego uścisku i zaczęłam opowiadać o wszystkim. O całym zajściu, o tej nocy, o której powiedział mu Bills. O tym, że to on mi je dał. 
Wydawał się być zdziwiony, ale jednocześnie trochę zły.
- Już wiesz - szepnęłam i podniosłam się z łóżka. 
Widząc, że nie zatrzymuje mnie, wzięłam swoje rzeczy i skierowałam się do wyjścia.
- Alex, nie idź. 
Obudził się we mnie płomyk nadziei. Może mówił poważnie, że nie mnie nie znienawidzi?
- Dlaczego się zgodziłaś?
- Chciałam się pozbyć tego... Ran na całym ciele, wiecznego uciekania przed rodzicami, wizyt u pedagoga... Chciałam, żebyście pomyśleli, że z tym skończyłam. A zastąpić to innymi metodami...
- Myślisz, że to by wypaliło? Przecież dowiedzieliby się.
- Nieważne. Nie myślałam o tym. Teraz chcę skończyć z tym wszystkim.
Siedziałam teraz obok Louisa na łóżku. Chwycił moją dłoń i gładził lekko drugą ręką. Nie było tak źle, nie odwrócił się ode mnie. Mimo wszystko wyczuwałam napięcie, które było między nami. Przez chwilę słyszałam tylko szum samochodów za oknem i cichy oddech chłopaka.
- Wiesz co? - odezwał się wreszcie.
Spojrzałam na niego pytająco.
- Musisz u mnie zostać.
- W p-porządku... Nie ma problemu...
- Nie na jeden dzień, nie na dwa. Musisz u mnie zostać, dopóki nie wyleczymy cię z tego.
- Co? O czym ty mówisz?
- Zamieszkaj u mnie na kilka tygodni. To ci dobrze zrobi. W domu nikt o ciebie nie dbał, a tutaj będę mógł obserwować cię przez cały dzień.
Zdziwiła mnie jego propozycja. Mam u niego zamieszkać? Co z jego rodziną, co z moimi rodzicami - jak ich przekonać?  Co powie Pattie?
- Nie pomyślałeś o moich rodzicach...
- Porozmawiam z nimi.
- Nie znają cię, nie zgodzą się. Może mnie nienawidzą, ale nie oddaliby mnie w ręce obcego człowieka.
- Przecież mnie znają, byłem kilka razy u ciebie. 
- Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. A twoja mama? Pattie?
- Jestem pewien, że nie będą miały nic przeciwko. Pozostaje pytanie: czy ty chcesz?
W rzeczy samej - chciałam mieć Louisa blisko siebie, chciałam z nim rozmawiać, spędzać wieczory. Ale czy mieszkanie u niego to dobry pomysł? Wytrzyma z moimi humorami, zwłaszcza, kiedy będę miała "napad niskiej samooceny" i będę miała ochotę znowu to zrobić?
- Jesteś tego pewien?
- Jeśli bym nie był, nie proponowałbym ci tego. Jestem pewien, że tego chcę. 
Uśmiechnął się i cmoknął mnie w policzek.
- Alex, zaufaj mi. Chcę ci pomóc.
- Wiem o tym...
- To jak?
Westchnęłam. To była ciężka decyzja, ale odpowiedź chyba mogła być tylko jedna.
- No... no dobrze.
Louis zaśmiał się i objął mnie ramionami. Przyciskając moją głowę do swojego ramienia, cmoknął w nią lekko i wyszeptał:
- Wszystko będzie dobrze.
Z tej pięknej chwili, kiedy zapomniałam o całym świecie poza mną, wyrwało mnie brzęczenie komórki. Pewnie mama albo Marg czy ktoś tam... Byleby nie Bills...
Niestety. Na ekranie pojawiła się jedna nowa wiadomość. Nieznany numer.

Popatrz przez okno.

Nie zastanawiałam się długo, chociaż wiedziałam, że robię źle. Podeszłam do okna i spojrzałam przez nie. Na dole stał nie kto inny, jak on. Bills.
- Coś nie ta... - Louis już miał dokończyć pytanie, kiedy jego mina zrzedła na widok jego ulubionego kolegi.
Zanim się zorientowałam, był już w drodze na podwórko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz