- Co zrobiłeś Alex?!
Słysząc to, żołądek podchodził mi do przełyku. Ten sam gość, któremu niedawno prawie złamałam nos, przyjeżdża pod dom znienawidzonego przez prawie nieznaną mu dziewczynę człowieka i ma zamiar wymierzyć "sprawiedliwość". Sama nie wiem, jak na to zareagować. Miłe, ale przerażające.
- O-okej... - wykrztusił Bills - Powiem ci, jak mnie puścisz.
Louis zdjął dłoń z jego gardła - Bills natychmiast odetchnął, posyłając w jego stronę nienawistne spojrzenie. Zaraz jego nadgarstki zostały uwięzione w silnych dłoniach chłopaka. Wyglądało to dość zabawnie - dwóch facetów trzymających się za ręce, z twarzami wyrażającymi nienawiść. Bills był bardziej przerażony i zakłopotany, ale tak to już jest, jak się nie potrafi być mężczyzną. Biedaczek.
Na samą myśl o tym uśmiechnęłam się pod nosem. Zrobiłam kilka kroków do przodu i oparłam się o ścianę. Żaden z nich nawet nie spojrzał na mnie. Byli zajęci patrzeniem sobie w oczy.
Znowu się zaśmiałam. Billsowi się to pewnie w jakimś stopniu podoba.
- Chcesz wiedzieć? - wysyczał - Powiem ci. Nie będziesz zadowolony.
Nie przewidziałam tego. Teraz pewnie opowie o całej umowie, o tym, że mam od niego narkotyki i jeszcze pewnie nagada głupot o tej nocy. Ale w sumie - niech się dzieje co chce, nie zależy mi na tym, co sobie pomyśli Louis.
Mimo wszystko była to dość niezręczna sytuacja.
- Twoja dziewczyna - zaśmiał się ohydnie - Chciała, żebym dał jej narkotyki.
Przełknęłam ślinę. Popatrzyłam na Louisa - miał minę, jakby nie rozumiał języka, w jakim mówi Mitchel. No dobra, przebrnijmy przez to. Niech się dowie i da mi spokój. Może mnie przynajmniej znienawidzi.
Nie, nie chcę, żeby mnie nienawidził. Nie będę się oszukiwała.
Ugh, beznadziejne uczucie.
- Co ty gadasz? Sam mi je zaproponowałeś - mruknęłam. Musiałam się bronić.
Dopiero teraz mnie zauważyli.
- Ale się zgodziłaś. Więc zaproponowałem umowę. Powiedziałem, że jeśli da mi to, czego oczekuję, ja dam jej nagrodę. A twoja grzeczna suka wykonała polecenie.
W mgnieniu oka Louis podniósł rękę i uderzył Billsa w lewy policzek. Jakby słowo "suka" było jakimś impulsem, jakby same jego brzmienie budziło w nim agresję.
Też byłam na niego wściekła, ale jednocześnie czułam tą cholerną bezsilność - nie mogłam protestować, byłam w kropce. Nawet nie mogłam określić swoich uczuć. Stałam tam czekając, co powie dalej.
- Nie jestem jego - warknęłam - Nie jestem jego dziewczyną.
- Ach, rozumiem... - robił te swoje wkurzające miny, potakując - Nie będę wnikał w to, dlaczego właściwie stoi tutaj i trzyma mnie za ręce.
Louis puścił jego nadgarstki, robiąc krok do tyłu. Chyba zorientował się, że wygląda to niezbyt groźnie, tylko śmiesznie.
- I to tyle? - powiedział słabo - Poszła z tobą do łóżka, wzięła narkotyki i spieprzyła? I teraz przez to płacze?
- Zamknij się - krzyknęłam - Dlaczego wtrącasz się w moje sprawy? Nikt cię nie prosił, żebyś jakkolwiek reagował. To sprawa między mną, a Billsem.
- A więc chciałaś tego? Zrobiłaś to z własnej woli tylko po to, żeby dostać jakieś proszki?
- Nie mam zamiaru ci się tłumaczyć. Nie twoja sprawa, jak to wyglądało. Nie zrobiłam tego z własnej woli, nawet nie wiem, czy coś takiego się wydarzyło!
- Jak, do jasnej cholery, możesz nie wiedzieć?
Milczałam. Nie powiem mu o tym, że byłam wtedy nieprzytomna. Niech spieprza. Chyba odebrał moje milczenie jako dowód na to, że kłamałam - że zrobiłam to z własnej woli. Niech myśli, co chce.
Louis popatrzył na mnie z niedowierzaniem, a jednocześnie z obrzydzeniem. Jego wzrok uderzył mnie, wywołując coś w rodzaju żalu, smutku - jakbym wiedziała, że go straciłam. Ale przecież nigdy nic między nami nie było.
Przestań się tak patrzeć.
To było nie do zniesienia. Moje oczy błądziły po korytarzu, byleby nie spotkały jego.
- Nie wiedziałem - przełknął głośno ślinę - że jesteś taką suką.
Te słowa uderzyły jeszcze mocniej. Stałam w osłupieniu, patrząc, jak Louis kieruje się do drzwi, posyłając jeszcze raz w moją stronę spojrzenie pełne żalu.
Co właśnie się stało?
- Ups, czyżbym właśnie zniszczył coś... między wami? - Bills zaśmiał się ohydnie.
Nie miałam ochoty słuchać już jego głosu. Chciałam wyjść, uciec. Pobiec do niego, wyjaśnić całą sprawę. Druga połowa mnie była obojętna. Beznadziejne uczucie. Najpierw musiałam poznać prawdę.
Musiałam.
- Teraz mi powiedz, Bills. Co zrobiłeś ze mną?
- Och, wiesz... Nie znajdę słów, nie odważę się takich u...
- Mów - przerwałam mu stanowczym krzykiem.
Łzy napłynęły mi do oczu. Znowu ta chwila słabości, kiedy miałam ochotę wykrzyczeć, jak bardzo go nienawidzę, albo iść po żyletkę, która załatwiała wszystkie problemy. Przynajmniej na chwilę. Chyba zauważył, że moje oczy robią się czerwone, przełykał ciężko ślinę, o czym świadczyła powoli przesuwająca się w górę i w dół grdyka.Obecnie jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Zorientował się, że uderzył w mój słaby punkt.
- Dlaczego mi to robisz? - krzyknęłam przez łzy - Co ja ci zrobiłam?
Milczał. Oczywiście.
- Chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, co robisz. Niszczysz mi życie, słyszysz? Odkąd cię znam, mam ochotę się zabić. Wiesz, dlaczego był tu Louis? Bo on jako jedyny chciał mnie z tego wyrwać. Jemu na mnie zależało. Wcześniej miałam wrażenie, że to wszystko jest fałszywe. Aż do dzisiaj. Był tu i bronił mnie. Chciał, żebyś zapłacił za to, co mi zrobiłeś.
Wzięłam głęboki oddech. Bills nie skorzystał z okazji odezwania się.
- A ty dzisiaj odwróciłeś go przeciwko mnie. Nie mam nikogo. Słyszysz? Jestem sama. Mogę wreszcie się pożegnać z życiem. Na tym ci zależało? Żeby mnie nie było na tym świecie?
Nie czekając na odpowiedzi, zrobiłam kilka kroków w stronę drzwi, cały czas płacząc. Nie wierzyłam w to, co się dzieje. Jestem w domu najgorszego chłopaka, jakiego znam i jeszcze w dodatku wyrzucam z siebie wszystko to, co leżało mi na sercu przez kilka ostatnich miesięcy. To naprawdę jakieś święto, bo nawet Pattie nie miałabym odwagi się tak wygadać.
Może trochę go to poruszy.
- Alex... - podszedł do mnie i chwycił mnie za nadgarstek.
Odwróciłam się, uwalniając rękę z jego uścisku. Miałam przed oczami praktycznie ten sam wyraz twarzy, jaki on musiał oglądać u mnie kilka chwil temu.
- Powiem ci, co zrobiłem.
- Po co?! Chcesz jeszcze bardziej mnie pogrążyć?
- Alex...
Pozwoliłam mu dokończyć. Zobaczymy, o czym się dowiem.
- Ja ci nic nie zrobiłem.
Pewnie, mam w to uwierzyć? Może jeszcze powiesz, że nie było cię tamtej nocy?
- Nie potrafiłbym. Nie miałem odwagi.
*wspomnienia Mitchel'a*
Patrzyłem na nią z zadowoleniem. Leżała pod ścianą nieprzytomna. Mogłem zrobić z nią co chciałem. Ciekawe, jak na to zareagują dzieciaki ze szkoły.
Zaniosłem ją na górę i położyłem na łóżku. Ściągnąłem bluzę i jeszcze raz zerknąłem na nią. Była... piękna. Lekko uśmiechała się. Długie rzęsy spoczywały na bladych policzkach. Kok, w jaki spięte były jej długie, blond włosy, zdążył rozplątać się przez gwałtowne ruchy. Po raz pierwszy widziałem ją taką bezbronną. Ciężko było uwierzyć, że to ta sama Alex. Zazwyczaj patrzyła na mnie z nienawiścią, unikała mojego towarzystwa, zawsze była opryskliwa, naburmuszona. Nie wiem, czy właściwie miała jakieś przyjaciółki. Claudia z pewnością do nich nie należała. Myślę, że był ktoś, kto zna jej lepszą stronę. Sam chciałem ją poznać.
Obudziło się we mnie coś, czego do tej pory nie znałem. Nie miałem zwyczaju tak patrzeć na dziewczyny. Zazwyczaj traktowałem je nieco inaczej. Nie zastanawiałem się nigdy nad tym, ale zdałem sobie sprawę z tego, że wiele z nich cierpiało. Przeze mnie.
Nie mogłem pozwolić na to, żeby Alex była kolejną. Nie była taka sama. Potrafiła się bronić.
Potarłem dłonią o obolały jeszcze policzek, na którym niedawno odcisnęła się jej silna dłoń. Zaskakujące, jaką taka drobna osoba może mieć siłę.
Dlaczego sądzi, że jest brzydka? Ma wszystko: włosy, twarz, te piwne oczy, figurę - a jednak czegoś jej dalej brakowało. Dziewczyny. Ale żeby chęć bycia jeszcze lepszą doprowadziła do czegoś takiego? Do tego, że powoli od wewnątrz umiera jej psychika?
Miałem ochotę teraz obudzić ją i powiedzieć, że jest piękna. Bo jest. Ale musiałem być silny - przecież jeśli powiem, że nici z tej nocy, wyśmieją mnie.
Powoli zdjąłem z niej koszulkę. Jej ciało wprawiło mnie w osłupienie. Nie mogłem powstrzymać się od przejechania po gładkiej, jasnobrązowej skórze. Wiedziałem, że mogę zobaczyć coś więcej, ale nie byłem na to gotowy. Zdjąłem dolną partię jej ubrań - leżała przede mną w samej bieliźnie.
Co dalej?
Ręce mi drżały na myśl, że mógłbym ją teraz po prostu wykorzystać. Może i jestem twardy i chcę mieć taką opinię w szkole, ale gdzieś daleko mam też uczucia.
Po długim namyśle zdecydowałem, że tylko stworzę pozory, jakby stało się to, co miało się stać. Nie mam odwagi. Jestem tchórzem...
Zamknąłem oczy i zdjąłem ostatnie rzeczy, jakie pozostały na jej perfekcyjnym ciele. Od razu przykryłem ją kołdrą. Nie mogłem, nie dałem rady.
- Nie dałem rady - zakończył swoją opowieść.
Stałam w tym samym miejscu oniemiała. A więc nie było tak źle, jak mi się wydawało. Co więcej - nic się nie wydarzyło. Od razu mogłam się domyślić. Nie odważyłby się.
- Ja... - zaczęłam cicho. Przełknęłam głośno ślinę i wzięłam głęboki oddech - Dzięki.
Bills uśmiechnął się lekko. Nie czekając na jego kolejne ruchy, wyszłam z domu. Nie minęło wiele czasu od wyjścia ze szkoły, ale powietrze było inne.
To wszystko działo się tak szybko. W jednym momencie jadę wściekła z Louisem, zastanawiając się, co chce zrobić. W kolejnym mam na sobie jego nienawistne spojrzenie.
Suka.
Zostałam tak nazwana dzisiaj wiele razy. Nie mogłam tego znieść. Co jeszcze się zdarzy?
Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, co straciłam. Straciłam Louisa. Nie ma go, odszedł. Koniec. Byłam cholernie uparta, wmawiałam sobie, że nic między nami nie ma. I to tylko dlatego, żeby zachować twarz pozbawionej pozytywnych uczuć, ostrej i agresywnej Alex. Podświadomie wiedziałam, że tak nie jest, ale już za późno.
Zależało mi na nim. Cholernie.
Po raz kolejny dzisiaj zaczęłam płakać. Usiadłam na schodku przed domem Billsa i ukryłam twarz w dłoniach. Wszystko się wali - w chwili, kiedy problemy mogły się skończyć. Oczywiście, że przez Billsa. Ale aktualnie nie obwiniałam go o to. Miałam wrażenie, że to tylko moja wina. Kolejny powód, dlaczego miałabym się zabić.
Dziwne, aktualnie nie miałam takiej ochoty. Coś mówiło mi, że mam to wszystko naprawić. Ale jak? Mam iść do niego i błagać o przebaczenie? Przecież mnie nienawidzi.
Muszę to wszystko przemyśleć.
____________________________________
Louis POV
Wsiadłem do samochodu i odjechałem. Nic nie zdoła opisać mojej wściekłości. Alex nie była moją dziewczyną, ale czułem, że muszę jej pomóc. Ochronić ją przed wszystkimi, którzy chcą jej krzywdy. Myślałem, że jest rozsądna i chce przyjąć moją pomoc. A wtedy okazało się, że tak po prostu poszła sobie do Billsa - tego, którego nienawidziła, który był głównym powodem jej problemów - i poszła z nim do łóżka. Ta myśl była nie do zniesienia. Nie mówiąc już o powodzie. Chciała od niego - śmieszne - narkotyki. Co jeszcze jest w stanie zrobić dla dostania tego, czego chce?
W dodatku nie okazywała żadnej skruchy. Liczyłem, że to wyjaśni - okaże się, że Bills kłamie, albo po prostu ją wykorzystał. A ona zrobiła to specjalnie. Dlaczego płakała w samochodzie, kiedy ktoś o tym plotkował? Może zdawała sobie sprawę z tego, że zniszczyła sobie reputację w szkole?
Nie będę w to wnikał. Nie obchodzi mnie to. Chciałem jej pomóc, a ona chamsko pokazała, że jestem jej obojętny. Myślałem, że warto jest dla niej się poświęcać.
- Twoja dziewczyna chciała, żebym dał jej narkotyki.
Po kolei analizowałem każde słowo. Twoja dziewczyna - kilka minut temu by mnie zadowoliło. Teraz chciałem się tego pozbyć z głowy.
Alex chciała, żeby dał jej narkotyki? Po jaką cholerę? Czy ona do końca zwariowała?
Czasami mam wrażenie, że chce po prostu mi zrobić na złość. Zrobiła mi to wtedy, kiedy miałem jej pomóc?
Coś musiało być nie tak, skoro Mitchel sam jej to zaproponował. Wiedziałem, że nie jest do niej przyjaźnie nastawiony, dlatego liczyłem, że Alex zaprotestuje.
- Dlaczego wtrącasz się w moje sprawy? Nikt cię nie prosił, żebyś jakkolwiek reagował.
Bo do jasnej cholery cię kocham!
Tak. Byłem na nią wściekły, ale dalej ją kochałem. Zabawne, jak może działać na człowieka. Muszę się tego pozbyć, muszę zapomnieć.
- To sprawa między mną, a Billsem.
Kolejne fragmenty rozmowy wierciły dziurę w moich myślach. To bolało.
- Nie zrobiłam tego z własnej woli, nawet nie wiem, czy coś takiego się wydarzyło!
To niemożliwe. Po prostu kłamała.
Nacisnąłem mocniej pedał gazu. Byłem już na prostej drodze prowadzącej do ulicy, przy której stał nasz dom. Muszę to przemyśleć.
_______________________________________
Alex POV
Usłyszałam czyjeś kroki za moimi plecami. Po chwili ten sam ktoś usiadł obok mnie na schodku.
Bills.
- Czego chcesz? - powiedziałam przez łzy.
Milczał. Było mu głupio. Wiedział co zrobił.
- Kochasz go? - zapytał nagle.
- Tak - mruknęłam bez zastanowienia.
Byłam sama sobą zdziwiona. Nie zastanawiałam się nad odpowiedzią. Normalnie zaprzeczyłabym - dlaczego? Bo jestem uparta. A więc taka jest prawda. Kocham go.
- Zależy ci na nim? - pojawiło się kolejne pytanie.
- Tak.
Bills westchnął i oparł się rękami o betonowy schodek. Oczekiwałam kolejnego pytania lub wyjaśnienia, o co mu chodzi. Nie otrzymałam go. Powoli do oczu przestały napływać mi łzy. Ostatni raz otarłam je i zauważyłam, że dłoń Mitchela trzymająca chusteczkę jest wyciągnięta w moim kierunku. Wytarłam w nią dłonie i nos, po czym spojrzałam przed siebie. Niedawno w miejscu, w którym utkwiony był mój wzrok, stał czarny samochód Louisa. Teraz nie było go - pewnie wchodzi wściekły do domu, trzaska drzwiami i wchodzi po schodach na górę. Ignoruje Pattie, zamyka się w pokoju i leży na łóżku myśląc o tym, co się wydarzyło.
A ja siedzę obok Billsa na schodach i wyznaję mu, że kocham gościa, który mnie nienawidzi.
Zdałam sobie sprawę z tego, że ja też nienawidziłam Louisa. I on pewnie czuł to samo, a jednak miał siły, żeby o mnie walczyć. Nie zwracał uwagi na mój upór, stał twardo przy swoim, przychodził po mnie codziennie, pocieszał mnie. A ja byłam taka dla niego.
- Alex... - usłyszałam słaby, głęboki głos Mitchela - Ja to naprawię.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. On? Co jeszcze ma zamiar zrobić?
- Mam ci uwierzyć? - mruknęłam.
- Nie musisz. Ale znajdę Louisa i pogadam z nim.
___________________________________
Mitchel POV
***
To tutaj. Dom numer 72 przy Light Street. Niewiele różniący się od pozostałych, o podobnym kolorze ścian. To tutaj za chwilę mam spotkać się z Louisem.
Byłem gotowy. Wiem, co mam powiedzieć.
Zatrzasnąłem za sobą drzwi do samochodu i ruszyłem w stronę wejścia. Zapukałem kilka razy. Po kilku minutach otworzyła jakaś dziewczyna. Była pewnie nie młodsza niż ja, ale prawie tak drobna, jak Alex.
- Zastałem Louisa?
- Uhm... Zawołam.
Wykonała gest zachęcający mnie do wejścia do środka. Rozległo się wołanie, a po chwili po schodach zszedł Louis. Ledwo postawił stopę na podłodze, już jego wyraz twarzy się zmienił. Patrzył na mnie z tą samą nienawiścią jak wtedy, kiedy prawie mnie udusił.
- Czego chcesz? - warknął.
To będzie ciężka rozmowa.
- Wyjdźmy na zewnątrz. Musimy porozmawiać o Alex.
- Po co? Nie chcę już więcej słuchać waszych kłamstw. Bądź sobie z nią, jest twoja.
- Właśnie dlatego chcę porozmawiać. Nic między nami nie ma. Wyjaśnię ci to.
Chyba go przekonałem - powoli założył buty i wyszedł na trawnik przed domem.
Długo przygotowywałem tą rozmowę. Układałem cały dialog kilka razy, zmieniając kilka zdań. Jakbym miał wygłosić jakieś ważne przemówienie.
To było ważne.
Zacząłem opowiadać o tej cholernej nocy. Wyraz twarzy Louisa kilka raz się zmienił, ale głównie okazywał zdziwienie. Czekałem, co powie. Z pewnością ją kochał, wiedziałem to. Po prostu było to czuć. To, jak słuchał, jak ciężko, z żalem przełykał ślinę pokazywało, że go to przejmuje.
Na koniec westchnął ciężko. Biedaczek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz