- Louis, nie! - krzyczałam za biegnącym na dół chłopkiem.
Dosłownie w ostatniej chwili przed wyjściem na zewnątrz udało mi się chwycić jego dłoń. Zdenerwowany odwrócił się w moją stronę. Miał dziwnie zmarszczone brwi, oczy przybrały kolor ciemnoniebieski. Bałam się cokolwiek powiedzieć, ale nie mogłam pozwolić, żeby on w tym momencie rozmawiał z Billsem. Przecież mógł dowiedzieć się o pedagogu, o cięciach - a wtedy nie dałby mi spokoju. Zwłaszcza, kiedy dowiedziałby się o tych wydarzeniach na korytarzu... W sumie nie wiedziałam, dlaczego tak się tym przejmuje. Przecież wszystko się już wyjaśniło, a on o niczym szczególnym nie wie.
- Proszę, zostaw to mi. Zajmę się tym.
- Nie będę patrzył, jak kolejny raz cię rani...
- Potrafię nad tym zapanować. Nauczyłam się. Bills nie jest już dla mnie zagrożeniem.
Oddychał ciężko, w międzyczasie udało mu się uwolnić rękę z mojego uścisku. Cały czas patrzył na mnie jakby miał mnie zaraz zabić, ale nie przejmowałam się tym. Musiałam być stanowcza, jeśli chciałam wszystko pozostawić w tajemnicy.
Nie odzywał się. Powoli wyminęłam go w drzwiach, zamknęłam je i pobiegłam za dom. Stał tam, uśmiechając się wkurzająco, oparty o ścianę domu.
- No proszę, jesteś - uśmiechnął się.
- Nie mam zamiaru wysłuchiwać twoich głupich tekstów, przejdźmy do rzeczy i miejmy to za sobą.
Uśmiechnął się pod nosem, wyraźnie niezadowolony z mojej stanowczości. Co dzisiaj we mnie wstąpiło?
Najbardziej chamskie było to, że po dzisiejszym dniu przychodzi tu bez cienia skruchy. Powinien się wstydzić, przeprosić. A dalej zachowuje swoją niezależną twarz. Idiota.
- Słońce, była umowa... Już to sobie wyjaśniliśmy, dlaczego powiedziałaś o wszystkim tej babie?
- Że co? Uważasz, że kilka prostych słów załatwi sprawę?! Nie zapomnę tego momentu przed twoimi kolegami. Jesteś zwykłym dupkiem, tyle ci powiem.
- Nie wiedziałaś, że nie chciałem tego robić? Nie mogłem im o tym w takich okolicznościach powiedzieć.
- I dlatego zrobiłeś ze mnie idiotkę?! Spróbuj im teraz to wytłumaczyć, zobaczysz, jak trudno. O ile w ogóle będziesz łaskaw coś naprawić.
Zmarszczył brwi i odsunął się od ściany. Nie mogłam pojąć jego bezczelności. Ma śmiałość jeszcze twierdzić, że zrobił to w słusznej sprawie?!
- Powiem im o wszystkim. Naprawię to. Przynajmniej to.
Mówiąc to, podniósł do góry mój nadgarstek. Odwrócił go bliznami do góry. Od razu bez wahania wyrwałam rękę z jego dłoni.
- Idioto, co ty sobie myślisz?! Że możesz bezczelnie mnie całować, dotykać, a potem obrażać jak jakąś dziwkę? Będziesz miał niemałe kłopoty, zobaczysz.
- Właśnie w tej sprawie przychodzę.
Patrzyłam na niego wściekła w oczekiwaniu na dokończenie jego myśli. Dopiero wtedy zorientowałam się, że cały czas staliśmy pod oknem Louis'a. Cholera, oby nic nie słyszał.
- Podejdźmy bardziej przed dom - mruknęłam niechętnie - Mów ciszej. Słyszy.
Bills na szczęście wykonywał posłusznie wszystkie moje polecenia. Dobry chłopiec.
- Ten sąd to jakieś nieporozumienie. Nie możecie mnie pozwać.
- A to niby dlaczego?
Przełknął ślinę parę razy. Zmienił wyraz twarzy ze zdenerwowanego na bardziej łagodny. Zaraz pewnie wygłosi zapierającą dech w piersiach, wzruszającą przemowę, którą i tak mam daleko gdzieś. Pójdzie siedzieć za zniszczenie mi życia.
- Nie mogę iść siedzieć. Jestem jedynym dzieckiem moich rodziców. Są już starsi, muszę się nimi zająć. Obydwoje chorują. Liczyli, że przed ich śmiercią dowiedzą się jeszcze, że zostałem jakimś wysoko postawionym lekarzem... Nie chciałbym, żeby umarli podczas mojej odsiadki. Takie niby bezwartościowe duperele, ale są wszystkim, co mam na świecie. To dla mnie ważne...
- Nie uwierzę w takie głupoty. Myślisz, że się nabiorę? Co ja mam niby teraz powiedzieć? Że wymyśliłam to? Zresztą, zapomnij. Niczego nie odwołam.
- Ehh, no dobra. Wiedziałem, że jesteś uparta, ale że taka bezduszna... Nie sądziłem, że będę musiał to zrobić.
- Co niby?
Przygryzł wargi, oparł się teraz na prawej nodze, krzyżując ręce na piersiach.
- Powiem im o narkotykach.
- Co?!
- Powiem im, że masz je w domu. Bo masz.
- Nie odważysz się...
- Jeśli ty odważysz się wycofać to, co powiedziałaś w szkole.
- Sam sobie szkodzisz. Powiem im, że mam to od ciebie.
- Uwierz, że zajmę się tym odpowiednio.
Teraz przegiął. Będzie mnie szantażował?
Byłam wkurzona i szczerze powiedziawszy mało wiarygodne wydawało mi się to, że powie o narkotykach. Z drugiej strony wiedziałam, do czego jest zdolny. Beznadziejne uczucie.
- To jak, słonko?
Wahałam się przed odpowiedzią. Niech da mi spokój, w rzeczywistości przemyślę to jeszcze.
- Zgoda.
- Tak myślałem, skarbie - uśmiechnął się.
Po tych słowach zbliżył się do mojej twarzy i cmoknął lekko w policzek. To uczucie nie do zniesienia, ciarki przechodzące po plecach. Zaciskałam mocno pięści i powieki. Może dlatego, że chwilę wcześniej usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Wiedziałam, że na progu stoi Louis. Nie dość, że zdenerwowany przez to, że Bills całował mnie więcej razy niż on sam, to jeszcze będzie oczekiwał wyjaśnień, na co się zgodziłam i dlaczego ten dupek nazywa mnie "skarbie" czy "słońce".
Stawiam na improwizację. Co będzie, to będzie.
Dalej gotowało się we mnie, czułam, że ręce mi drżą. Nie wiem, jak z głosem, czy przypadkiem nie rozpłaczę się podczas rozmowy. Pewnie głos będzie mi drżał jak zwykle, nie będę mogła nic z siebie wykrztusić.
- Alex...? - usłyszałam głos Louisa - Wyjaśnisz mi to?
Poczułam, że po moich policzkach spływają łzy. Proszę, nie. Zostaw mnie w spokoju. Nie chcę teraz o tym rozmawiać...
- Słyszałem waszą rozmowę. Właściwie tylko fragment. Chyba ten niewłaściwy...
No dalej, kontynuuj. Niech już wyda się, co ma się wydać. Zerwij ze mną, zerwij z tym toksycznym związkiem...
- Całowałaś się z nim?
Jego głos był lekko podniesiony, słyszałam, że już powoli się denerwuje.
Zamiast odpowiedzi po policzkach spłynęły kolejne łzy.
- No mów, robiłaś to?!
Tym razem wykrzyczał to zdanie. Przestraszyłam się jego głosu, nadal nie otwierałam oczu.
- Ty...
Czekałam, aż dokończy zdanie. Proszę, nazwij mnie tak, jak wszyscy. Powiedz to wreszcie.
- Powiedz to - krzyknęłam.
Gdzieś we mnie zebrała się odwaga, żeby otworzyć oczy. Wyglądał dokładnie tak, jak wtedy, przed drzwiami. Brwi zsunięte na ciemne oczy, zaciśnięte pięści. Jego klatka piersiowa podnosiła się powoli i opadała.
- Nie wierzę - kręcił powoli głową - Chciałem ci pomóc. Dlaczego to zrobiłaś?!
- Nie zrobiłam tego - wysyczałam.
- Sama się przyznałaś, co, teraz brakuje ci odwagi?!
- To on mnie pocałował.
- Jaka to różnica, do jasnej cholery?!
- Taka, że tego nie chciałam. Odsunęłabym się od razu, ale przyciskał mnie do siebie.
Obydwoje nic nie mówiliśmy. Niezręczna cisza, tak to można nazwać. Byłam tak samo zdenerwowana jak on, w końcu dopiero skończyłam "rozmowę" z Billsem...
- Nie chciałaś tego.
Wiedziałam, że to pytanie, chociaż wypowiedział je tak stanowczo, jakby był tego pewien nie chciał, żeby było inaczej.
- Tak.
- Chodźmy na górę - mruknął po krótkim namyśle.
Posłusznie poszłam za nim do jego pokoju. Usiadłam na łóżku, podczas gdy on chodził nerwowo po pokoju, przeczesując dłonią włosy. Bałam się go, więc nic nie mówiłam. Po chwili gwałtownie opadł na łóżko, przez co odsunęłam się kawałek dalej pod oparcie.
- Miałaś kiedyś chłopaka? - wypalił nagle.
- Coś ty, przecież od zawsze byłam pośmiewiskiem.
- Dlaczego się z ciebie śmiali? Nie mają ci przecież nic do zarzucenia. Wyglądasz jak każda normalna dziewczyna. Chociaż, dla mnie wyjątkowo.
Uśmiechnęłam się pod nosem wiedząc, że Louis tego nie zobaczy, bo leży na łóżku ze wzrokiem wlepionym w sufit. Chwilę później przewrócił się na brzuch i oparł na łokciach.
- Kiedyś tak nie było - mruknęłam.
- Czyli?
- Byłam gruba, naprawdę. Nie mówię tego dlatego, że mam niską samoocenę. Po prostu miałam dużą nadwagę, wyglądałam masakrycznie.
- Serio? - Louis wydawał się być zdziwiony - Nie wierzę. Przecież teraz jesteś chuda jak niejedna modelka.
- No cóż, wzięłam się za siebie. Przez gimnazjum schudłam jakieś 15 kilogramów, w trzeciej klasie miałam już normalną wagę.
- Więc niby dlaczego dalej się z ciebie śmieją?
- Parę osób ze starej szkoły, z klasy niżej, rozesłało po liceum moje zdjęcia z gimnazjum i końcówki podstawówki. Poza tym w równoległych i wyższych klasach było parę znajomych osób, które po prostu nie chciały splamić sobie honoru przyznając, że dużo schudłam. Żeby nie wyjść na idiotów, nie przestali. Nie dziwię się im. Przecież mają z czego się śmiać.
- O czym ty mówisz, Alex? Jesteś zdecydowanie najpiękniejszą dziewczyną, jaką spotkałem.
- Przestań, nie mów tak - trąciłam jego ramię - Przecież miałeś wiele dziewczyn - mówisz tak o mnie?
- Nie mówmy o mojej przeszłości... Tak, widziałem wiele dziewczyn. Może miały nienaganną figurę, duże cycki, wymalowane twarze nafaszerowane jakąś chemią, ale wtedy byłem jeszcze młody i to było dla mnie szczytem piękności. Teraz oprócz wyglądu zewnętrznego widzę jeszcze wewnętrzny - mówiąc to, uśmiechnął się. Lubiłam, kiedy się uśmiechał.
- Co masz na myśli? Wewnątrz jestem jeszcze brzydsza - zaśmiałam się.
- Jesteś tylko pokrzywdzona przez los... Spotkało cię wiele przykrości i wiesz, dlaczego tak mówię? - nie czekając na odpowiedź, kontynuował - Jesteś nieziemsko silna i wytrwała. To nic, że robisz, co robisz. Postawiłaś się i udało ci się osiągnąć cel. Nie widziałem twoich zdjęć z gimnazjum, ale podejrzewam, że jest to nie lada wyczyn. Poza tym sama potrafisz doceniać czyjeś piękno. Właściwie z tego, co udało mi się wywnioskować, tylko to widzisz. A to, że ktoś jest ładny, jest tylko dodatkiem. Gdyby nie te wszystkie wydarzenia, byłabyś po prostu idealna. To ludzie cię psują. Ale ja to naprawię.
Nigdy wcześniej w ciągu kilku minut nie usłyszałam tylu pozytywnych słów. To było bardzo miłe. Czułam, że się rumienię. To było nieuniknione, ale niech będzie.
- Mówię prawdę. Jesteś piękna i wewnątrz, i na zewnątrz. Musisz tylko w to uwierzyć, żeby móc dalej walczyć.
Być może coś w tym jest. Może to zdanie najbliższych liczy się najbardziej. Sama przyznałam, że dzieciaki śmieją się ze mnie przez moją przeszłość, żeby nie wyjść na głupich. Nie powinnam się nimi przejmować. A jednak nie potrafiłam inaczej - po prostu już taka byłam.
- Mam rozumieć, że jestem twoim pierwszym chłopakiem?
- Jasne - zaśmiałam się.
Louis wstał z łóżka i usiadł z nogami skrzyżowanymi naprzeciw mnie. Uśmiechał się pięknie. Tak, jak kochałam. Był wtedy tak nieziemsko przystojny.
- Ale to nie ja po raz pierwszy cię pocałowałem...
Nagle przestało być tak magicznie. Zrozumiałam, że z Billsem faktycznie przeżyłam swój pierwszy pocałunek. Ta myśl - nie do zniesienia. To okropne uczucie obrzydzenia. Cholernie żałuję, że nie uciekłam wtedy. Mogłabym zostawić sobie ten pierwszy raz na jakąś lepszą okazję...
- Powiedzmy, że to się nie liczy - uśmiechnął się - To było wbrew twojej woli. Chyba, że jeszcze wcześniej miałaś kogoś.
- Nie, skąd.
- A więc może chcesz wreszcie to zrobić?
Znowu się zarumieniłam. Zaskakujące, z jaką łatwością przyszła mu ta propozycja. W rzeczy samej, chciałam, ale bałam się.
Nim zdążyłam zwierzyć mu się z moich obaw, trzymał już mój podbródek i przysuwał do swojej twarzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz