Od czego zacząć? Pewnie od góry. Tam żyły są bardziej widoczne. To nic, że będzie bolało. To ostatni ból w moim życiu.
Alex, ogarnij się. Zrób to wreszcie. Nie bądź tchórzem.
W głowie świdrowało mi tysiące różnych myśli. Przed oczami stanęły mi najważniejsze momenty w moim życiu. Jakby takie podsumowanie. Co najgorsze, był tam Bills.
Jeszcze mocniej zacisnęłam żyletkę, ze łzami w oczach zrobiłam dwie kreski na nadgarstku. Ten przyjemny ból. Od razu zapomniałam o nim.
Rodzice pomyślą, że z tym skończyłaś.
No cóż, jeśli to zrobię nie będą musieli mnie nigdy widzieć. Nie będę musiała się dalej kompromitować w szkole. Nici z naszego spotkania, Bills.
Poczułam, że w oczach stanęły mi łzy. Alex, nie możesz się teraz rozklejać. Palce zaciśnięte na cudownym, małym kawałku metalu, dygotały wręcz ze zdenerwowania. Nie. Jestem tchórzem. Pojawiły się jeszcze dwie kreski.
(...) Zamiast starać się rozwiązywać problemy, po prostu od nich uciekają. Nie bądź taka jak one. Pokaż, jaka jesteś silna.
Samobójstwo jest tchórzostwem. Ucieczką od problemów. Ale też ucieczką od tych, którzy nie chcą cię więcej widzieć. Moi rodzice mają mnie gdzieś. Jestem dla nich nikim. Tchórzostwem byłoby też to, że nie mam odwagi wreszcie tego zrobić.
Stay strong.
Dlaczego to do mnie wracało? Dlaczego nagle pojawiła mi się przed oczami cała rozmowa z pedagogiem? Przecież to nie pomaga. Muszę pomyśleć o chwilach, kiedy było źle. To mi pomoże.
Całą twarz miałam już czerwoną, spuchniętą od płaczu. Widziałam siebie w lustrze. Patrzyłam na krew sączącą się ze świeżych ran. Miałam ochotę na więcej, miałam ochotę zobaczyć tą ostatnią ranę.
Bezsilność. Cholerna bezsilność.
Czując, że w tym momencie nie jestem na to gotowa, zrobiłam jeszcze kilka kresek. Pojawiły się też na drugim nadgarstku. Zaciskając palce prawej ręki na żyletce, nagle zdrętwiała mi i upuściłam kawałek metalu na podłogę. Nie mogłam ruszyć ręką, nie czułam jej. To dobrze, teraz będę mogła spokojnie to zrobić.
Usłyszałam czyjeś kroki na zewnątrz. Proszę, nie wchodź tu. Wiedziałam, że to mama, bo kto inny? Znałam ten dźwięk pantofli szurających po dywanie. Słyszałam go kilkanaście razy dziennie.
- Alex? - wołała mnie.
Szybko, Alex. Teraz. Jak tu wejdzie, zastanie cię już martwą. Może cię powstrzymać, więc pośpiesz się...
Za późno. Zobaczyłam, że klamka drzwi powoli jest pociągana w dół, po czym drzwi uchylają się. Co teraz? Nie może mnie zobaczyć w takim stanie...
Spanikowałam. Stałam w osłupieniu wiedząc, że nie dam rady nic zrobić zwłaszcza, że mogłam posługiwać się tylko jedną ręką.
- Alex? Co ty robisz?
Jesteś zdziwiona? Popatrz, do czego doprowadziłaś!
Zawsze myślałam dużo, a rzadko cokolwiek mówiłam. Pozwoliłam, żeby w tej sytuacji moja pozycja mówiła sama za siebie. Roztrzęsiona stałam nad umywalką, patrząc jak krew spływa do niej powoli, po kropelce... Odłożyłam żyletkę w nadziei, że lewą ręką uda mi się szybko wszystko zmyć. Dlaczego nie zamknęłam drzwi?!
- Matko... Czy ty jesteś mądra?!
Zaczęłam jeszcze bardziej płakać. Słone łzy spadały na nadgarstki, przez co syknęłam z bólu. Odkręciłam ciepłą wodę i zmyłam krew z rąk. Polałam je wodą utlenioną - uczucie nie do opisania, ale muszę to znosić prawie codziennie. Na koniec nakleiłam kilka plastrów i dopiero wtedy zorientowałam się, że matka cały czas tam stała i wpatrywała się we mnie.
- Skończyłam. Jesteś szczęśliwa? - mruknęłam, mijając ją w drzwiach.
Dopiero po dłuższej chwili odwróciła się w moją stronę. Jej twarz była blada, wyrażała przerażenie i zdziwienie naraz. No idź już, nie patrz się tak...
- A...Alex... - szepnęła - Mogłaś się zabić.
- Wiesz co? Miałam zamiar to zrobić, ale mi przeszkodziłaś. Szkoda, prawda? Bo tak by było lepiej.
- Jak możesz tak myśleć!
Oczywiście, nie mam żadnych powodów. A czy to nie ty jakieś 15 minut temu powiedziałaś, że lepiej by było, gdyby nie musiała mnie znosić w domu? Że jestem bezużyteczna i leniwa? Zastanów się czasami, co mówisz.
- No pomyśl, dlaczego mogłam tak myśleć?
Nie odpowiadała. Może jeszcze miała zamiar udawać, że nie wie, o co chodzi?
- Nie pamiętasz już?
Dalej cisza. Przynajmniej stąd wyjdź...
Włączyłam laptopa i wpisałam hasło. Nie można nikomu w tym domu ufać. Już nie raz zastałam matkę przeglądającą mój komputer. Na szczęście nie wpadła na pomysł, żeby wziąć do pomocy Annie albo żeby sprawdzić historię przeglądania. Wtedy byłabym skończona.
Wystukałam adres twittera i zalogowałam się.
Mało brakowało.
Zobaczyłam na interakcje. Pusto. Oczywiście, nikogo to nie obchodzi. A myślałam, że przynajmniej ludzie z twittera okażą trochę współczucia i zrozumienia.
- Od kiedy to robisz? - wybełkotała wreszcie.
- A obchodzi cię to? Powinnaś się cieszyć.
- Alex!
- Wyjdź. Zostaw mnie w spokoju.
O dziwo, matka posłuchała mojego "rozkazu". Zostałam sama - jak lubię.
Pozostaje teraz przemyśleć sprawę z Billsem. Mam się z nim spotkać za 2 godziny. Pójdę na piechotę, to tylko (niestety) kilka domów dalej. Oczywiście nie mam zamiaru spełnić jego prośby. Po prostu przywalę mu w ryj kilka razy, a że pedał nie potrafi się bronić, polegnie od razu. Wtedy zmuszę go, żeby dał mi to, po co przyszłam i przed dziewiątą powinnam być w domu.
Nie martwiłam się o rodziców, ich to niezbyt obchodzi, kiedy wracam, gdzie idę, skąd wracam. I dobrze, bo nie mam zamiaru wymyślać wymówek.
***
Byłam już gotowa do wyjścia. Miałam na sobie to, co zwykle - krótkie spodenki, jakąś koszulkę i sweter. Po co miałabym się jakoś szczególnie wystrajać?
Związałam włosy w niedbały kok, zarzuciłam torbę na ramię i wyszłam z pokoju.
- Gdzie idziesz? - usłyszałam głos matki.
- Gdzieś, będę za godzinę.
- Nigdzie nie idziesz.
Serio? Matka miała zamiar protestować? Niestety, nie ma takiej opcji.
- Nie jestem małym dzieckiem, już dawno powinnaś przestać mnie kontrolować.
- Przysięgnij, że wrócisz.
- Wrócę, nie mam zamiaru tam spędzać ani chwili dłużej, niż na to potrzeba.
No, jakoś poszło. Dobrze, że nie pytali o nic więcej.
Na zewnątrz było już prawie ciemno. Przyjemny wiatr wiał mi prosto w twarz, co było miłą odmianą od wiecznego upału. Zdecydowanie bardziej wolałam zostać tu, na podwórku, niż u niego w domu.
Nigdy tam nie byłam. I nigdy więcej mnie tam nie będzie.
Jego dom był całkiem przeciętny. Między dwoma kolumnami znajdowały się drewniane drzwi wejściowe, do których prowadziło kilka kamiennych schodków. Pod zielonkawymi ścianami posadzone były rzędy różnego rodzaju krzaczków, krzewów i kwiatów. Całkiem przytulny, ale pewnie wnętrze przesiąknięte jest... nim. Ugh.
Zadzwoniłam do drzwi wejściowych. Bałam się tego. W sumie nie zastanawiałam się nad tym, czy w środku jest ktoś poza nim, czy nie. Jeśli tak, nie powinno być tego spotkania. Pewnie zaprosił mnie do siebie będąc pewien, że będzie sam. Chyba nie chciał mieć publiczności?
Po kilkunastu sekundach otworzył oczywiście on. Ubrany w rurki, jakąś koszulkę i tradycyjnie koszulę w kratkę, szczerzył tą swoją krzywą mordę, wyciągając rękę w moją stronę. Zignorowałam ten gest, niepewnie wchodząc do środka. Nie pozwoliłam, żeby mnie gdziekolwiek dotknął. Zdjęłam buty i stanęłam przodem do niego z oczekiwaniem na kolejne ruchy.
- Chodź do salonu - powiedział tym swoim głębokim, ohydnym głosem - Napijesz się czegoś?
- Uhm... wody - mruknęłam.
Przypomniała mi się wizyta u Louisa. Mówił praktycznie to samo, u niego też poprosiłam o wodę. Tam jednak byłam dziwnie pewna, że dostanę zwykłą, czystą wodę. A tutaj zawsze mam świadomość, że był to płyn nalewany przez niego, jego łapą. Kto wie, czy nie dostanę zupełnie czystego napoju?
Wnętrze salonu było całkiem normalne. Kominek, kilka fotografii. Siedząc na kanapie nie mogłam dostrzec, kto na nich jest. Przede mną stał stolik, na którym chwilę później znalazła się szklanka z wodą.
- Jesteś sam? - zapytałam.
- Kompletnie sam.
Jeszcze nie teraz. Jak tylko będzie chciał się do ciebie dobrać...
Wypiłam kilka łyków wody.
- To jak? - powiedział.
- Chcę to... to, co mi pokazywałeś.
W odpowiedzi zaśmiał się ohydnie i przejechał łapą po moim policzku. Nie mogłam pozwolić, żeby mnie dotykał, więc gwałtownie podniosłam rękę i odsunęłam jego dłoń.
- Alex, była umowa. Chcesz to czy nie?
Spokojnie, Bills. Jeszcze trochę i nie będziemy się martwili o umowę.
Musiałam go jakoś sprowokować, by wstał. Wcześniej jednak wypiłam wodę do końca. Mitchel dziwnie się mi przyglądał, jakby chciał, żebym wreszcie wypiła swój napój. Kiedy na niego spojrzałam, uśmiechnął się "uwodzicielsko".
- Uhm... Nie chcę, żeby okazało się, że robię to za darmo - powiedziałam - Możesz pokazać, że masz to, o co prosiłam przy sobie?
Bills wyciągnął znajome dwa woreczki z kieszeni koszuli, po czym szybko schował je z powrotem.
- Najpierw dasz mi to, co chciałem - znowu wyszczerzył te swoje zęby.
Teraz przechodzimy do realizacji planu. Podniosłam się z kanapy i podeszłam do uchylonych drzwi od salonu. Oparłam się o ścianę i spojrzałam na niego jak najbardziej uwodzicielsko. Bills widząc, że nie stawiam oporu, podszedł do mnie i już miał kłaść łapę na mnie, kiedy podniosłam pięść i uderzyłam go w twarz. Niezbyt go to poruszyło, bo tylko odchylił głowę w bok, ale po chwili znowu miałam jego twarz przed nosem.
- Stawiamy opór? - powiedział z nutką ironii - Niedługo nie będzie tego problemu...
Już miałam kopnąć go w krocze, kiedy zakręciło mi się w głowie. Powoli słabłam, osunęłam się pod ścianę. Po chwili zupełnie straciłam przytomność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz