środa, 8 maja 2013

Rozdział 11.

Obudziłam się na jakiejś miękkiej powierzchni. Gwałtownie poderwałam się z pozycji leżącej do siedzącej i zorientowałam się, że nie mam na sobie ubrań. Co, do jasnej cholery, się stało?
Powoli przypominałam sobie wydarzenia z wieczora. Woda, śmiech Bills'a, uderzenie, a potem urwał mi się film. Niczego więcej nie pamiętałam.
Przeleciałam wzrokiem całe pomieszczenie. Niby normalna sypialnia - łóżko dwuosobowe, komoda, kilka regałów z książkami i biurko. Obok mnie nie było nikogo. Chyba byłam sama. Mój wzrok przykuł stolik nocny, na którym znajdowała się kartka i dwa znajome mi woreczki. Otworzyłam papierek i przeczytałam nabazgrane kilka zdań.

Było nieźle. Masz swoją nagrodę. Musiałem wyjechać szybciej, nie spóźnij się do szkoły!

Autor nie musiał się podpisywać żebym wiedziała, o kogo chodzi. Powoli zaczęło wszystko do mnie docierać. Bills dosypał mi czegoś do wody, a potem...
Nie mogłam w to uwierzyć. Popatrzyłam na moje ciało - nic się nie zmieniło. Najbardziej przerażał mnie fakt, że nie miałam na sobie niczego. Jakaś masakra. Podeszłam do lustra - makijaż rozmazał mi się na całej twarzy, włosy miałam potargane. Obróciłam kartkę z wiadomością kilka razy i zorientowałam się, że na drugiej stronie jest coś napisane małym druczkiem. Rzuciłam na to okiem.

Szkoda by było, jakby ktoś się dowiedział...

Nie, nie mógł tego zrobić... Musiałam jak najszybciej to z nim załatwić.
Zdecydowałam się na szybki prysznic. To nic, że byłam w obcym domu, chyba czegoś mogłam wymagać. Zabrałam swoje ubrania, które leżały na podłodze obok łóżka i poszłam do łazienki.
Po umyciu się, uczesaniu i umalowaniu poczułam, że burczy mi w brzuchu. Chyba nie zjem śniadania u niego? Po tym, co mi zrobił wczoraj nie miałam pewności, że gdzieś nie ma kolejnej trucizny. Właściwie dlaczego wierzyłam w to, że w tych woreczkach jest coś w miarę bezpiecznego? A mimo wszystko wierzyłam mu. Głupia, naiwna...
Chwyciłam torbę, wyszłam na zewnątrz i zaczęłam się zastanawiać, co mam dalej zrobić. Nie mogłam iść do szkoły, bo nie miałam nawet przy sobie książek. Zerknęłam na zegarek, 7:12. Chyba zdążę jeszcze wstąpić do domu. Na poczekaniu wymyśli się jakąś wymówkę.
Skierowałam się w stronę mojego miejsca zamieszkania, wdychając świeże, poranne powietrze. Szkoda, że tak nie może być zawsze.
Oczywiście na progu czekała już na mnie matka. Jej wyraz twarzy nie mówił raczej, że jest zadowolona z mojego powrotu.
- No więc, słucham?
Ehh. Nie dało się tego uniknąć.
- Rozładował mi się telefon, a wizyta u koleżanki przedłużyła się trochę. W końcu zostałam u niej na noc.
- U kogo byłaś?
- Czy to ważne?
- Tak. Chciałam cię poinformować, że dzwoniłam do ciebie w środku nocy i odebrał jakiś chłopak. Mówił, że jesteś zajęta.
Zamurowało mnie. Bills odebrał mój telefon? Chyba na serio ma coś z głową... Cholera. Zabiję ciotę.
Alex, myśl. Musisz coś wymyślić.
Zdawałam sobie sprawę z tego, że od ostatniej wypowiedzi matki minęło już kilka sekund. Wiedziała, że ją okłamuję.
- Nie sądziłam, że nie wrócę do końca dnia. Telefon rozładował mi się, kiedy chciałam do was zadzwonić. A odebrał pewnie brat Pattie, bo u niej byłam. Idiota, lubi się z nami tak bawić.
Chyba to kupiła. Punkt dla Alex.
- O której to było godzinie?
Wdech, wydech. Strzelaj.
- Po pierwszej.
- Mhm... - mruknęła mama - Co wy robiłyście do pierwszej w nocy?
- Musiałam załatwić z nią jakąś sprawę, a później zagadałyśmy się. W końcu zaproponowała, że może pomogę jej w angielskim, a przez grzeczność nie mogłam odmówić.
Cholera, dobra jestem. Teraz tylko załatwić to z Pattie, żeby nie puściła pary, kiedy matka będzie miała ochotę się upewnić, że nie kłamię.
Dobre. Oczywiście, że kłamię. Ale nikt nie musiał o tym wiedzieć.
- Dobra, idź się przebierz i spakuj, zaraz będzie śniadanie.
I już? Tylko tyle? Chyba na serio byłam jej obojętna. Gdyby naprawdę się o mnie martwiła, nie odpuściłaby. Z drugiej strony - to dobrze, bo nie musiałam się więcej tłumaczyć.
Dzisiaj naprawdę nie miałam ochoty iść do szkoły. Bills pewnie wygada się kolegom, oni rozpowiedzą to dalej, a w dodatku jeszcze sprawa z Louisem...
Wszystko się pieprzy. A kto za tym stoi? Dwóch chłopaków. Jednego nienawidzę, szczerze, z całego serca. A drugi...
Ogarnij się. Nie możesz tak myśleć.
Drugi jest mi obojętny.
Przebrałam się szybko i spakowałam książki. Po pięciu minutach byłam już na dole i jadłam śniadanie. Kiedy znowu popatrzyłam na zegarek, była 7:48. Cholera, żebym się nie spóźniła.
***
Do klasy weszłam niemalże równo z dzwonkiem. Na szczęście w środku panował jeszcze zbyt wielki chaos, żeby ktokolwiek zwrócił na mnie uwagę. Lisa poderwała się z miejsca, kiedy przeszłam obok jej ławki i skierowała się w moją stronę.
- Alex! - krzyknęła - Nie uwierzysz, co słyszałam...
Już po mnie. Wiem, co słyszałaś. Czy musiałam od początku dnia o tym myśleć?
Udawaj, że nie wiesz, o co chodzi. Jest jeszcze trochę nadziei...
- Oczywiście wiem, że Bills kłamie. Nie zrobiłabyś czegoś takiego. Ale dobra, przechodząc do rzeczy... ON gadał z kolegami na korytarzu o tym, że spędziliście dzisiaj... hihi... upoojną noc... Zabawne, prawda?
- Haha, oczywiście - wymusiłam uśmiech - To idiota, nie słuchaj go.
Lisa przytaknęła. Cholera, co mam teraz zrobić? Już rozpowiedział to swoim kolegom, do końca dnia będzie wiedziała cała szkoła...
- Uhm, Lisa...
- Hm?
- Nie wiesz, czy wie ktoś więcej oprócz jego kolegów? Wiesz, może i to nie jest prawda, ale dzieciaki uwierzą we wszystko...
- Wiem, że stał na korytarzu z Lukiem i Jasonem. Myślę, że oni nie puszczą pary. Niby komu? Nikogo nie znają w szkole.
- Mhm... spoko.
Starałam się nie okazywać tego, że jestem cholernie zdenerwowana. Ledwo zaczął się dzień, a ja już z dziesięć razy miałam ochotę mu wpieprzyć. Co ja mu takiego zrobiłam? Przecież nawet ledwo go znam. Niszczy mi życie. Założę się, że dzisiaj pojawi się jeszcze kilka kresek. Zwłaszcza, że znowu będę musiała gadać z matką, a pewnie mnie wkurzy. Jak tu żyć?
Po chwili do klasy weszła Alice. Widać było po jej twarzy, że znowu wie coś o mnie i o Billsie. Błagam, powiedz, że nie o to chodzi...
Brakowało mi tylko tego, żeby dziewczyny z mojej klasy o tym wiedziały. Ciekawe, co usłyszała ona?
- Cześć, Alex - mruknęła cicho i westchnęła.
Muszę wiedzieć. Nawet jeśli przez to miałabym się załamać, muszę wiedzieć.
- Co jest?
Zero odpowiedzi. Udała, że jest zajęta rozpakowywaniem książek.
- Alice, nie ignoruj mnie. O co chodzi?
- Ehh... O nic, serio.
- Co ci powiedział Bills?
Postanowiłam, że nie będę owijać w bawełnę. Alice nie odpowiadała, chyba była zdziwiona. Cholera, jak daleko posunie się ten pedał?
- Mów. Co ci powiedział?
- No bo... Szłam na górę, a on mnie zatrzymał na schodach. I... i powiedział, że możesz się spóźnić, bo pewnie jesteś zmęczona po tej nocy... I że jesteś dobra... w łóżku...
Ostatnie słowa wypowiedziała niemalże szeptem. Była zaniepokojona, po jej głosie wiedziałam, że się bała. Ale chwila, co jej powiedział?
Sama już nie wiedziałam, co czuję. Byłam cholernie wkurzona, ale jednocześnie zrezygnowana. Miałam uczucie takiej bezbronności, bezsilności... Przecież go nie powstrzymam ani nie będę latać po szkole, wyjaśniając tą sytuację. Tylko siąść i płakać. Tyle mi zostało.
- Nie wierz mu - mruknęłam, starając się, żeby na jaw nie wyszły żadne przepełniające mnie emocje - Nikt nie ma wiedzieć o tych głupotach, jasne?
- Jasne. Czyli to... zupełnie nieprawda?
- Nie. Kłamie. Chce mnie zniszczyć.
To było sensowne - każdy wiedział, że Bills od dawna pragnie, żebym nie wiem; zabiła się, załamała, kompletnie zamknęła w sobie. Chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że potrafię się bronić. I bezsilność, którą czułam, była tylko chwilowa. Muszę zastanowić się nad zemstą. Jeśli myślał, że przyjmę wiadomość o jego kłamstwie ze spokojem, mylił się. Idiota.
Muszę zacząć od dowiedzenia się, co zrobił ze mną kiedy "odpłynęłam". Ale jaki jest sens w wykorzystywaniu dziewczyny, kiedy nie jest ona tego świadoma? To tak, jakby pieprzył martwą osobę. Może po prostu nie zrobił mi nic? Chciał tylko, żebym pomyślała, że w nocy stało się to. 
Zaczęło do mnie docierać to, że nie wykorzystałby mnie. Przecież wiadomo, że woli chłopaków. A w dodatku cała szkoła o tym wie. Nie sądzę, żeby uwierzyli w to, co im wmawia.
Spokojnie, Alex. Wdech, wydech. Jest jeszcze dobrze.
***
Kiedy wyszłam ze szkoły, po drugiej stronie chodnika stał zaparkowany znajomy mi samochód. Louis. Ugh, czego on jeszcze chciał? Tylko jego mi brakowało. Gdy mnie zobaczył, od razu wysiadł z pojazdu i skierował się w moją stronę.
- Cześć, Alex - uśmiechnął się.
Jakoś nieszczególnie obchodziło mnie to, że widziały mnie wszystkie dzieciaki ze szkoły. Obok przeszło nawet kilka dziewczyn z mojej klasy, ale to nieważne. Ważne było to, żeby się ode mnie odwalił i pozwolił mi spokojnie iść do domu.
Z drugiej strony - przynajmniej opóźni się moja wizyta w piekle... 
- Chodź, podwiozę cię.
- Nie, dzięki. Sama pójdę- starałam się być jak najbardziej stanowcza.
 Widać było, że nie bardzo spodobała mu się odmowa. Ma problem, nie zawsze wszystko musi być tak, jak on chce.
- Alex, nie bądź uparta. Tylko podwiozę cię do domu - wyraźnie zależało mu na tym - Mogę obiecać, że za kilka sekund bezpiecznie dotrzesz na miejsce. Nie zabiorę cię do siebie, uwierz. Chyba, że chcesz.
Westchnęłam. No dobra, niech mu będzie. Niech stracę.
Obserwowałam, jak dzieciaki patrzyły na mnie zazdrośnie. Uśmiechnęłam się sama do siebie wiedząc, że w tej chwili zadają sobie pytanie, dlaczego ta Alex idzie niebezpiecznie blisko najprzystojniejszego faceta w mieście - przynajmniej według tych ciot z klas niżej. Ja tam nie uważałam, że tak jest.
No dobra, jego oczy są zabójcze.
I ten uśmiech...
Alex, ogarnij się. To już drugi raz dzisiaj.
- Coś się stało? - zapytał Louis.
Zorientowałam się, że od kilkunastu sekund dokładnie przyglądam się jego twarzy. Matko, jaki wstyd...
- Ekhm... Nie, nic.
- Jak coś, nie przeszkadza mi to - uśmiechnął się uwodzicielsko.
Niedoczekanie twoje.
W końcu siedzieliśmy w samochodzie. Zobaczyłam, że niedaleko otwartego okna przechodzą te idiotki z klasy niżej. Tak, dziewczyny. Siedzę w samochodzie TEGO Louisa Jacksona. 
Weź, Alex. Nie możesz tak myśleć. 
W sumie, nawet nie siedzę tu z własnej woli.
- I wiesz co? - powiedziała jedna z tych idiotek do drugiej.
Co dzisiaj mi ciekawego powiecie, hmm?
- Alex z Billsem się... hahaha, wiesz, co.
- O lol, serio? Ja pierdzielę... Ta Alex? Bosz, jak można z taką ciotą iść do łóżka, lol.
Koniec silnej Alex. Te idiotki naprawdę posunęły się za daleko. Ale nie, nie teraz. Nie mogę im wpieprzyć. 
Tak, teraz właśnie moje nerwy postanowiły puścić. Do oczu momentalnie napłynęły mi łzy. Ręce i wargi zaczęły drżeć. W lusterku bocznym zobaczyłam, że moja twarz robi się czerwona. Nie, proszę, nie teraz...
- Alex, co jest? - zapytał Louis.
- N-nic... - ledwo powstrzymałam łzy, które chciały spłynąć po policzkach.
- To prawda, co słyszałem? 
Słyszał?! Cholera, teraz zaczną się pytania. Nie, proszę. Tylko nie to...
Nie wiem, dlaczego, ale wbrew własnej woli lekko skinęłam głową. Louis ciężko wypuścił powietrze z wyrazem twarzy, jakby nie rozumiał tego, co usłyszał. Nie mógł uwierzyć, że to stało się z mojej woli.
- Ale... Jak? Wytłumacz mi to.
Cisza. Miałam teraz zbyt drżący głos, żeby cokolwiek powiedzieć. 
- On cię...
Skinęłam głową.
Louis przeklął kilka razy pod nosem i westchnął. Widać było, że jest roztrzęsiony, jak ja w tym momencie. Cały czas kręcił głową, jakby w to nie wierzył. Drżącymi rękami przekręcił kluczyk w stacyjce i z piskiem opon ruszył. Co chce zrobić?
Po chwili zorientowałam się, że minął już mój dom.
- Louis, co ty... - wymamrotałam.
Stanął pod domem Billsa. No nie...
- Louis, nie - niemalże krzyknęłam, widząc, jak zdenerwowany wychodzi z samochodu i biegnie do drzwi.
Nie chciałam, żeby zrobił coś głupiego, więc pobiegłam za nim.
- Co chcesz zrobić?
Nie odpowiadał. Przestało mi się to podobać...
W końcu dobiegł do celu, przeskakując trzy schodki przed wejściem. Otworzył drzwi, nie czekając na zaproszenie. Zobaczyłam go. Stał zdziwiony na środku korytarza, nie wiedząc, co ma zrobić z nieproszonym gościem. Chyba się bał, bo Louis naprawdę nie miał dobrych zamiarów. Dało się wyczuć pałającą od niego złość. Brwi niebezpiecznie zsunęły się na prawie czarne oczy, ręce zaciśnięte w pięści drżały, kiedy stawiał kolejne, nerwowe kroki w stronę Mitchela. Żołądek podsunął mi się do gardła. Co on chce zrobić? Nienawidziłam Billsa z całego serca, ale ta sytuacja wywołała u mnie przerażenie. Louis wyglądał, jakby naprawdę chciał go zabić. Po kilku ciężkich oddechach podniósł dłoń i przyłożył ją do gardła swojej ofiary. Przycisnął go do ściany, Mitchel zaczął się wyrywać. Chyba byłam tak przerażona jak on. 
- Louis, nie... - krzyknęłam z rozpaczą w głosie. 
Dlaczego to robiłam? 
Nie powinno do tego dojść. To przeze mnie... Louis nie musiał się o tym dowiadywać. Cholera, zabije go! Jeszcze chwila...
- Gadaj - krzyknął - Co zrobiłeś Alex?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz