środa, 15 maja 2013

Rozdział 13.

Mitchel's POV
Louis wydawał się być sympatycznym gościem pomimo tego, co chciał zrobić mi wcześniej. Częściowo go rozumiałem, po prostu zależało mu na Alex i chciał ją chronić. Miał rację - Alex była, jakby nie patrzeć, świetną dziewczyną. Jakby wyciągnąć ją z tego cholernego nałogu, nie miałbym jej nic do zarzucenia. Pewnie by się zmieniła.
Myśl, że to częściowo przeze mnie nie dawała mi spokoju. Byłem głupi, bo wziąłem ją za dobrą ofiarę. Musiałem jakoś pokazać swoją siłę w tej budzie, chciałem być szanowany przez chłopaków, ale miałem bardzo prymitywne podejście do tego. Dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. Szkoda, że w międzyczasie zniszczyłem życie paru dziewczynom. A jednocześnie zniszczyłem swoje relacje z Alex. Mogłem się z nią zaprzyjaźnić, a zachowywałem się jak dupek. Może jeszcze nie jest za późno żeby to naprawić. Słyszałem, że bardzo łatwo i szybko wybacza. Claudia opowiadała mi nie raz, że pokłóciła się z jakąś dziewczyną, a zaraz widziałem, jak z nią gada na korytarzu. Chyba nikt nie widzi, jakie ma dobre serce oprócz chwil, kiedy zwyzywałaby każdego człowieka. Ale to zrozumiałe, ma problemy. Jakby ją z tego wyciągnąć, pewnie byłaby nie do poznania. Nie da się do niej dotrzeć - unika kontaktu z ludźmi, ucieka, nie chce żadnej pomocy. Jest cholernie uparta i to najbardziej mnie gryzie.
Myślę, że uda mi się to naprawić i zaprzyjaźnić się z nią. A może nawet coś więcej...
Bo trzeba przyznać, jest cholernie ładna.
- To co? - powiedziałem do osłupiałego nadal Louisa.
Odchrząknął, nerwowo przygryzał wargę.
- Nie wiem... - mruknął.
- To może ja już pójdę - uznałem za odpowiednie wycofanie się, lepiej mu zrobi samotność.
Odchodziłem już w stronę samochodu, kiedy zawołał mnie.
- Dzięki - krzyknął.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Byłem z siebie zadowolony, chociaż zrobiłem to na swoją niekorzyść. Mogłem wykorzystać okazję i zbliżyć się do niej. Wiedziałem, że dzięki mnie będzie chociaż trochę szczęśliwsza i to mnie pocieszało.
______________________
Alex POV
Nie mogę, nie mam już siły.
Opadłam na łóżko i od razu łzy napłynęły mi do oczu. Po kolei miałam przed oczami wszystkie wydarzenia z tego dnia. Dobrze, że już się skończył. Jutro będzie kolejny; znowu pójdę do szkoły, znowu wydarzy się coś, czego się nie spodziewałam. Kolejna dawka obelg, śmiechu, wytykania palcami. Ale nie będzie tam Louisa. A do tego Bills. Może zmieni do mnie nastawienie, ale za późno żeby mu wybaczyć. Zbyt daleko się posunął. Zmienił moje życie kilka razy na różne sposoby i nie mam ochoty pozwalać, żeby robił to dalej. Pozostańmy przy życiu kompletnie, doszczętnie zniszczonym. W głowie dźwięczało mi to jedno, cholerne słowo, które usłyszałam w ciągu dwóch minut od dwóch osób. Dlatego wiem, że to już koniec. Nie uda mi się naprawić relacji z Billsem, nie uda mi się przekonać Louisa.
Straciłam najlepszą osobę w moim życiu.
Tak naprawdę znałam go zaledwie parę tygodni, ale już zdążył mnie do siebie przekonać. I dopiero wtedy, kiedy go straciłam dotarło do mnie, jaki był ważny.
Nie ma szans na poprawę. Zorientowałam się, w jak beznadziejnej jestem sytuacji. Nie, nie bywało gorzej.
Kolejne łzy spływały po moich policzkach. Mokre miałam nawet uszy i część włosów. Podniosłam się i podeszłam do szuflady w biurku. Do mojej ukochanej szuflady. Wyjęłam stare pudełko po gumach do żucia, w którym chowałam wszystkie moje przyjaciółki. Nie wiem, czy to koniec. Wiem tylko, że potrzebuję teraz trochę fizycznego bólu, żeby zapomnieć o tym psychicznym.
Jak zwykle, ręce mi drżały. Tylko kilka kresek. Obiecuję.
Powoli przesunęłam ostrzem żyletki po nadgarstku. Gardłowe jęknięcie wydobyło się z moich ust, kiedy poczułam znajomy, przyjemny ból zmieszany z pieczeniem. Niżej znalazłam kawałek wolnego miejsca. Już miałam ponowić ostatnią czynność, kiedy usłyszałam za sobą czyjeś szybkie kroki.
Znowu zapomniałam zamknąć łazienki.
W obawie przed osobą, którą zaraz miałam zobaczyć - bo nie była nią mama, wyszła jakiś czas temu do pracy - nie patrzyłam za siebie. Tylko jedna, ostatnia. Jeszcze jedna.
Przerwało mi mocne szarpnięcie za ramiona. Czyjeś mocne ręce przycisnęły mnie do siebie. Dłuższą chwilę zajęło mi zorientowanie się, kim ta osoba jest.
- Alex...
Louis. Wrócił.
Na myśl o tym uśmiechnęłam się pod nosem. Objęłam go rękami, rozsmarowując przy okazji krew na jego ciemnej kurtce. Potrzebowałam takiej bliskości, czułości - tego uczucia, że jestem komuś potrzebna. A teraz to wszystko pojawiło się jak wtedy, na parkingu.
Louis podniósł mój nadgarstek i obejrzał go ze wszystkich stron. Przejechał palcem po starych ranach, kiedy jego wzrok przykuła ta najświeższa.
- Alex - szepnął - Dlaczego znowu to zrobiłaś?
Nie odpowiadałam. Zamiast tego po moich policzkach popłynęło kilka łez. Zauważyłam, że był zdenerwowany, a jednocześnie zakłopotany i osłupiony widokiem, jaki zastał w moim domu. Po chwili coś najwyraźniej musiał sobie uświadomić, bo powoli kręcił głową i rozchylił wargi.
- Nie... - powiedział słabo - To przeze mnie?
Nagle podłoga stała się bardzo interesująca, bo wpatrywałam się w nią uporczywie. Nie chciałam na niego teraz patrzeć. Może przez niego, może nie. Ważne, że tu wrócił i jest teraz, kiedy go potrzebuję.
Uwolniłam drżącą rękę z jego uścisku i przeniosłam nad umywalkę. Ciepła woda zmyła całą krew, chociaż dalej wydostawała się świeża. Przytrzymałam na chwilę chusteczkę, po czym zalałam wszystko wodą utlenioną i zakleiłam plastrem. To, co robię codziennie. Rutyna.
Chłopak dalej stał w takiej samej pozycji obserwując moje ruchy. Stanęłam naprzeciw niego. Wyciągnął swoją rękę i ponownie zacisnął ją na nadgarstku. Tym razem przybliżył go do swojej twarzy i lekko musnął wargami. Poczułam dreszcze na całym ciele, ręka zaczęła jeszcze bardziej drżeć. Louis przykrył nadgarstek drugą ręką i spojrzał mi w oczy. To uczucie, kiedy jego wzrok tkwił w mojej twarzy, było jednocześnie nie do zniesienia i przyjemne.
- Dlaczego to zrobiłaś? - zapytał.
- Muszę - wymamrotałam - Muszę sobie jakoś radzić.
Chwilę się zastanowił i kilka razy przełknął głośno ślinę, po czym jego niski głos znowu rozległ się w pomieszczeniu:
- Ale teraz nie będziesz tego robić, prawda?
- Co masz na myśli?
- Teraz... Kiedy jestem znowu przy tobie.
- To znaczy, że mi wybaczasz? Dlaczego?
Pociągnął mnie w stronę mojego pokoju. Usiedliśmy na łóżku.
- Był u mnie Bills.
Serce we mnie zamarło. Miałam złe przeczucia, ale skoro Louis jest tutaj ze mną, to chyba nie mógł powiedzieć nic nieodpowiedniego. Czułam do niego coraz mniejszą nienawiść. Być może naprawił to, co zepsuł.
- Opowiedział mi o tamtej nocy - odchrząknął - I... przepraszam.
Uśmiechnęłam się lekko. Dobrze, że już wszystko dobrze.
- Nie powinienem był tak cię nazwać. Poniosło mnie.
- Spoko, rozumiem... Ja używam tego słowa codziennie po kilka razy i nie zastanawiam się, do kogo to trafi... Więc rozumiem.
Louis ponownie mnie przytulił i pocałował w czubek głowy. Od razu wiedziałam, że polubię przytulanie. Można to potraktować też jako ucieczkę od problemów, bo kiedy jestem w objęciach Louisa, na chwilę zapominam o wszystkim. To chyba znaczy, że naprawdę jest tą odpowiednią osobą.
- To znaczy, że przyjmujesz moją pomoc?
- Mhm... I... też przepraszam - zaskakujące, jak ciężko było mi wypowiedzieć to słowo - Byłam cholernie uparta, ale to tylko dla zachowania swojej twarzy, wiesz... Wielką sensacją byłoby, że Alex, ta Alex ma chłopaka. Ale teraz się tym nie przejmuję.
- Czyli, że Alex ma chłopaka? - uśmiechnął się szeroko. Był uroczy.
- Nie wiem, powiedz mi.
Oboje zaśmialiśmy się i wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że siedzę właśnie z chłopakiem, można rzec - moim chłopakiem w pokoju, śmiejemy się, żartujemy. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że coś takiego może mi się zdarzyć. Zazwyczaj wyobrażałam sobie siebie wiecznie w samotności, tylko twitter i ja. Śmieszne, a zarazem dziwne, jak szybko mógł mnie zmienić. Przy nim jestem zupełnie inną osobą. Zobaczymy, co będzie jutro w szkole.
***
Od rana miałam dobry humor. Może to dlatego, że nie mijałam się nawet w drzwiach z nikim z rodziny. Wzięłam tylko swoją kanapkę i wyszłam. Przebierałam buty w rogu korytarza niedaleko wielkiego pomnika jakiegoś pisarza. Po chwili do szkoły weszła Marg i oczywiście skierowała się w moją stronę.
- Hej - przywitałam ją.
- Cześć, Alex. Widzę, że masz dzisiaj dobry humor?
W gruncie rzeczy Marg była bardzo sympatyczna. Ceniłam ją za to, że nie była jak wszystkie dziewczyny. Nie starała się być "szalona", zależało jej na ocenach, nie traktowała szkoły jako "budy" i nie wstydziła się brać udział w lekcji. Przede wszystkim zawsze miała dobry humor i nie potrafiła się z nikim kłócić. Optymistka, po prostu. Taka to ma dobrze.
Nie odpowiedziałam na pytanie, tylko się uśmiechnęłam. Chyba nie oczekiwała odpowiedzi. Poczekałam chwilę, bo wyjątkowo długo wiązała nowe trampki, po czym weszłyśmy po schodach na górę. Standardowo pojawiły się pytania o zadanie domowe, kartkówki, czy ćwiczę na WF'ie, co dostałam wczoraj ze sprawdzianu. Niby takie nic, ale jednak oznacza, że się mną interesuje. 
Wyjątkowo nie zwracałam uwagi na nikogo z klasy. Usiadłam obok Alice, która rozpakowywała babeczkę waniliową. W sklepiku można dostać takie bajery, sprzedają tam chyba wszystko oprócz zdrowej żywności. I to jest błąd. Czasem na przerwie zjadłabym jakieś suszone owoce zamiast tych ohydnych czipsów, którymi wręcz śmierdziało na korytarzach, bo chyba każdy kupował kilka paczek dziennie.
Przywitałam się z Alice i rozpakowałam swoje książki, kiedy do naszej ławki podeszła Lisa. Była czymś najwyraźniej podekscytowana, ale na szczęście nie owijała w bawełnę.
- Chodź, Alex - powiedziała, ciągnąc mnie za rękę.
Wstałam i posłusznie poszłam za nią. Nie udało mi się uzyskać informacji, dokąd idziemy. Nie musiałam długo czekać na zaspokojenie ciekawości, bo zaraz po wyjściu z klasy zobaczyłam nie kogo innego, jak Bills'a. 
- Ekhm, zostawiam was samych - rzuciła Lisa i pobiegła do klasy.
Byłam zła, że musiałam go jeszcze dzisiaj widzieć. Ledwo zaczął się ten cudowny dzień, kiedy on musiał wszystko zepsuć. Czego jeszcze chce?
- Alex, musimy porozamwiać - powiedział cicho - Ale nie tu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz