niedziela, 9 czerwca 2013

Rozdział 17

- Zanim tam pojedziemy, muszę ci coś powiedzieć.
Od dłuższego czasu rozmawialiśmy o moim pobycie u niego. Szczerze powiedziawszy podobał mi się pomysł chwilowego odcięcia się od rodziców i Annie, ale ich zgoda graniczyła z cudem. Nie wiem, jak Louis chce to zrobić.
- Zwolniłem się u Parksa, to znaczy u właściciela klubu - powiedział na jednym oddechu.
Dlaczego był taki zdenerwowany, kiedy to mówił? Ta informacja wcale nie jest czymś tragicznym. Trudno, znajdzie sobie inną pracę.
- Dlaczego?
- Za dużo tam mojej przeszłości. Słabo płatna praca, a w dodatku zero przyjemności.
- Mhm.
Ucieszyłam się na te słowa. Dobrze, że nie chce więcej być taki, jaki był. Nie mogłabym być z chłopakiem, który co chwilę miał inną.
- Dlaczego tak się zmieniłeś? Nie sprawiało ci to przyjemności?
W rzeczy samej było to dość istotne pytanie. To dziwne, że dla mnie tak się zmienił. Nie znał mnie prawie w ogóle, a zawzięcie walczył o to, żebym go zaakceptowała i przyjęła jego pomoc.
- Może kiedyś. Byłem głupi. Zaraz po osiemnastce znalazłem pracę, a potem coraz częściej bywałem w klubie. Dużo alkoholu, kobiet, byłem typem imprezowicza. Zdarzało mi się wdać w jakieś pojedyncze bójki, ale to nic poważnego. Zazwyczaj byłem pijany. Podobało mi się to, a matka i Pattie nie były zadowolone. Nie obchodziło mnie to wtedy. Nie obchodziły mnie też plotki - że należę do gangu, siedziałem kiedyś w więzieniu albo zabiłem kogoś... Cały czas czegoś się o sobie dowiadywałem. 
- Nie próbowałeś tego tłumaczyć?
- Nie bardzo. Kiedy ktoś mnie o to zapytał odpowiadałem, że to nieprawda. Ale nie miałem zwyczaju szczególnie zwracać uwagę na takie plotki. 
- Wiele kiedyś o tobie słyszałam. Dlatego nie chciałam ci zaufać.
- Stwarzałem pozory kolesia, któremu zależy tylko żeby pójść z każdą po kolei do łóżka. Wiesz co? Może tak było. Może nawet do niedawna. Kiedy poznałem ciebie, zacząłem inaczej myśleć. Zrozumiałem, co robię matce i Pattie. Moja praca niewiele im dawała, skoro musiały się za mnie wstydzić i jeździć po aresztach. 
- Co takiego zrobiłam? Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek zwracała ci na to uwagę.
- Może nie, ale zawsze kiedy człowiek ma tą jedną, najważniejszą osobę, zmienia tok myślenia. Kiedy zrozumiałem, że mi na tobie zależy, przy okazji pojawiła się też świadomość, że powinienem się zmienić. Może po prostu dojrzałem. Nie jestem już takim dzieciakiem.
Zdziwiło mnie to, że tak otwarcie mówi o sobie. Zadawałam tylko pojedyncze pytania, wzdychając od czasu do czasu. Czułam się trochę nieswojo słysząc te wszystkie komplementy, ale to było miłe. 
- No dobrze, już prawie ósma. Jeśli mam u ciebie zostać, musimy wrócić do mnie i jakoś namówić moich rodziców... 
- Wiem, że to będzie trudne, ale może damy radę. W końcu jesteś już dorosła, możesz sama o sobie decydować.
Ufałam mu, ale bałam się reakcji rodziców. Może nie okazywali swojej miłości jak należy, ale często czepiali się o głupoty. Pewnie nie pozwolą mi, bo co by pomyśleli sąsiedzi, rodzina. Sama nie wiem, o co im chodzi. Czy tylko im w domu przeszkadzam, czy jednak mnie kochają. 
To śmieszne. Kochają? Nawet fakt, że są moimi rodzicami nie skłania mnie do takiego myślenia. Wiedzą, co robię, a nie reagują. Tylko pogarszają sprawę i dobrze wiedzą o tym, że nie zasługuję na takie traktowanie. A jednak to robią. Cały czas mają jakiś problem.
- Jedziemy?
Wzięłam głęboki oddech.
- Jedziemy.
***
Weszliśmy do środka. Na korytarzu jak zwykle paliło się światło, mimo że nikt tędy nie przechodził. Usłyszałam rozmowę rodziców w salonie. Nie zwracałam uwagi na to, co mówią, dopóki głos matki nie podniósł się do rozpaczliwego krzyku. 
- Słuchaj - szepnęłam do Louisa.
Podeszliśmy trochę bliżej drzwi. Były zamknięte, ale było słychać dość dużo.
- Dlaczego nie możesz nic zrobić?! - wydawało się, jakby matka krzyczała przez łzy.
- Kristen, nie zachowuj się jak dziecko. Powtarzałem już. Spróbuję.
- To potrwa kilka miesięcy, co my zrobimy z domem? 
- Przeprowadzimy się gdzieś do mieszkania... Nie wiem, najpierw znajdę pracę.
- Nie denerwuj mnie, Bruce. Dobrze wiesz, że szukanie pracy nie jest taką prostą sprawą. Niedługo wakacje, później trzeba opłacić studia Annie i kupić książki dziewczynom... Jak ja mam sama je utrzymać?!
- Spokojnie. Chyba nie sądzisz, że będę siedział bezczynnie. Może nie poprawię sytuacji, ale przynajmniej znajdę jakąś pracę dorywczą, pomogę trochę przy rachunkach... A potem sprzedamy dom, no co możemy poradzić...
Sprzedacie dom?
Do cholery jasnej, o co tu chodzi?!
- Mam nadzieję, że przynajmniej znajdziemy coś w Wolverhampton. Przecież tutaj pracuję.
Przez chwilę oboje się nie odzywali. Popatrzyłam na Louisa rozpaczliwym wzrokiem. Miał kamienny wyraz twarzy, ale wiedziałam, że go to niepokoi. 
- Najlepiej będzie nie mówić im o tym... A jeszcze lepiej by było na czas załatwiania wszystkich spraw zająć je czymś innym... Wysłać do babci, na jakiś obóz...
Uznałam, że stosowne będzie w tym momencie wejście do salonu. Otwarłam drzwi, zastając matkę krążącą nerwowo po pomieszczeniu. Ojciec siedział w fotelu z łokciami opartymi na kolanach.
- A-Alex... - mama wydawała się być zdziwiona - Słyszałaś to wszystko?
- Tak - przełknęłam głośno ślinę - wyjaśnicie mi to?
Ojciec głośno westchnął. Było mi ich cholernie żal. Wszystko nagle się wali, a do tego jeszcze Annie chce studiować, no i mają mnie na głowie. Może faktycznie lepiej by było dla nich, jakbym się chwilowo przeprowadziła?
- Myślę, że możemy ci to powiedzieć... - westchnęła - Twój ojciec stracił pracę. Dom jest zadłużony, niedługo będziemy musieli się przeprowadzić.
Nie zareagowałam jakoś szczególnie na tą wiadomość, w końcu wszystko już wiedziałam. Póki co nie nadszedł jeszcze etap płaczu i rozpaczy, więc mogę spokojnie z nimi porozmawiać.
- Rozumiem - mruknęłam - Lepiej by było, jakbym się wyprowadziła?
- Alex, nie bierz tego tak do siebie. Chodzi tylko o to, że lepiej dla ciebie by było, jeśli na czas załatwiania tych wszystkich spraw przeprowadziła się gdzieś... Nie chodzi o to, że chcemy się ciebie pozbyć...
- Dobrze - wzruszyłam ramionami.
- Tak po prostu? Co chcesz zrobić?
Wyszłam z salonu i złapałam Louisa za rękę, ciągnąc go do pokoju. Teraz będzie najlepiej zacząć rozmowę.
- To jest Louis, mój... chłopak - uśmiechnęłam się - Jest bratem Pattie. Chyba go znacie.
Nie czekając na reakcję, kontynuowałam.
- Louis zaproponował mi, żebym na parę tygodni się do niego przeprowadziła. 
- Alex, zwariowałaś? Mieliśmy na myśli jakąś dalszą rodzinę, a nie obcego chłopaka.
- Mówiłam wam, jest bratem Pattie. Znacie Pattie i jej mamę. Chyba nie sądzicie, że mogłoby mi się coś stać?
- Przecież to obcy ludzie... Nie możesz im się tak narzucać.
- Rozmawiałem z nimi - wtrącił Louis - Nie mają nic przeciwko.
- No nie wiem... To dość trudna decyzja... Póki co zostań w domu. Damy wam znać.
- Mimo wszystko myślę, że lepszym pomysłem jest pobyt u babci - odezwał się tata.
Spojrzałam na niego z zażenowaniem. Serio? Do babci? Może jak byłam mała, lubiłam się bawić z tamtejszymi dziećmi. Teraz co miałabym robić? Zero kontaktu ze światem, z Louisem... Odpada.
- No dobrze, w takim razie... Dobranoc - powiedział Louis, ciągnąc mnie za sobą.
Wyszliśmy przed dom. Było już zupełnie ciemno, latarnie słabo oświetlały chodniki. Louis odwrócił się w moją stronę, łapiąc mnie za ręce.
- Chyba nam się udało - uśmiechnął się.
- Czy to nie dziwne? Akurat, kiedy chcieliśmy zrobić coś prawie niemożliwego, pojawia się do tego powód. Może akurat nie na moją korzyść, ale przecież nie będę wtrącać się w ich sprawy.
- To przykre - westchnął - Mam nadzieję, że wszystko się ułoży.
Uśmiechnęłam się słabo. Wbijałam wzrok w betonowe schody, jakbym dalej wstydziła się jego spojrzenia. Takich chwil było już mnóstwo, a teraz nagle brakuje mi odwagi.
Louis podniósł mój podbródek dając mi do zrozumienia, że chce się dobrze pożegnać, jak to przystało na chłopaka. Dalej pojawiało się to samo zakłopotanie. On pewnie przeżył takich milion i nie jest to dla niego nic szczególnego, ale dla mnie to najpiękniejsze chwile w życiu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz